Jądro jasności (Rumunia 2024)
Mars Wawrzyn
JĄDRO JASNOŚCI
PROLOG
Był rok 1991 czy 1992 i
jechaliśmy z warszawskim Teatrem Ruchu AKT zielonym Volkswagenem busem „dwójką”
do Grecji, chodzić na szczudłach. Na granicy rumuńskiej, w Oradei, celnik kazał
sobie pokazać bagażnik, uśmiał się albo zdumiał na widok skrzyń z kostiumami i
poskładanych szczudeł i przeszedł na przód. Zajrzał do środka, kazał sobie
podać leżącą na desce rozdzielczej kasetę magnetofonową i trzymając ją,
sprawdził nasze dokumenty. Kiedy byliśmy już pewni, że ją sobie zachowa –
potwierdzając nasze stereotypy na temat „dzikiej” Rumunii – zwrócił ją
siedzącemu za kierownicą Tomkowi. Kaseta była Guns’n’Roses „Appetite for
Destruction” i na okładce nie było tytułów utworów. – Welcome to the jungle –
powiedział, mrugnął okiem i dał znak, by jechać.
JĄDRO JASNOŚCI
1.
Jest 14 sierpnia 2024 roku,
wieczór, jestem prawie (!) spakowany, siedemnastoletni srebrny zgazowany Subaru
Forester automat w czarnej skórze stoi gotowy, po treningu miałem się jeszcze
zdrzemnąć, ale zbyt jestem podekscytowany perspektywą podróży. Za kwadrans
dwunasta ruszam do Gierczyna po D. Dostajemy błogosławieństwo od L., prowiant
na drogę, mocujemy pasami koło zapasowe na dachu i przyklejamy do szyby kartkę:
„Góry Izerskie/Jizera Mountains, PL >> Muntii Rodnei/Rodna Mountains,
RO”. Sprawdzamy, czy mamy wszystko: kasa, dokumenty, mapy, śpiwór, karimata,
buty, ciuchy, kapelusz, laska, fajka, zapalniczka, wykałaczka, krem, plaster,
dary (chleb, dżem, trunki). Wszystko po bokach, bo na środku gąbka-legowisko;
jedziemy non-stop, przez Czechy, Słowację i Węgry, 1100 kilometrów i 16 godzin
według googla, więc liczymy z przystankami 18-20 i kiedy jeden pada, drugi
przejmuje kierownik, a tamten wypoczywa na leżąco, kołysany pancernym
zawieszeniem Subaraka. O pół do pierwszej jesteśmy w Jakuszycach, kupujemy
czeską winietkę – tu zauważam, że kart kredytowych nie wziąłem, a debetowe na
to nie działają, więc D. – z jego telefono- i aplikacjofobią – musi dokonać
serii operacji drobnym druczkiem – ściskamy się i ruszamy.
Teraz, kiedy o tym, myślę,
widzę, że wszystko było już wyraźnie napisane w jakiejś księdze gdzieś tam
wysoko czy daleko, że z całego chaosu, z którego się wydobywaliśmy, i przez
który podążaliśmy, wiodła prosta jak strzała – chociaż niebywale pokręcona, bo
jechaliśmy w Karpaty – linia do jednego konkretnego punktu, żeby mogło zdarzyć
się to, co miało się zdarzyć. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze nic – mieliśmy
tylko nazwę miejsca, pinezkę na mapie i siedem opinii z googla. Tydzień czy dwa
wcześniej powstał pomysł wyjazdu i znalazłem miejsce, błąkając się myszką po
mapie. Karpaty są ogromne. W tym ogromie zogniskowałem na Rumunię, bo taki był
plan. Potem na północną Rumunię, bo D. wspomniał, że słyszał od kolegi o
urokach Maramureszu. Potem na najpółnocniejszą, bo najbliżej i pewnie
najpuściej z uwagi na granicę z Ukrainą. Jakimś trafem nakierowałem się na
biegnącą równolegle do granicy trasę, prowadzącą z granicy w Satu Mare przez
Syhot Marmaroski do uzdrowiska Borşa i dalej na przełęcz Prislop (1413 metrów
n.p.m). Przybliżałem i przybliżałem, błąkałem się i błąkałem po okolicy, aż –
po niekrótkiej (siedem opinii!) chwili – pojawił się punkt i nazwa: Sheep Farm
Stana Popas Putredu Moara, 1614 m n.p.m. Tego potrzebowaliśmy, nawet jeżeli w
najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się tego, co mieliśmy tam zastać i
dostać. Ale decyzja zapadła tam i wtedy – i ten punkt – samotna bacownia w
samotnej dolinie w ogromie Karpat, Karpat Wschodnich, Wewnętrznych Karpat
Wschodnich i przepastnych Gór Rodniańskich – był naszym celem od początku podróży.
2.
Wydostajemy się krętymi
drogami, najpierw wzdłuż „domowej” Izery, z czeskich gór, mijamy Hradec
Kralove, Ołomuniec i Ostrawę, o świcie ocieramy się o Tatry i dzień zastaje nas
gdzieś w Wielkiej Fatrze, między Żyliną i Rużomberkiem, gdzie zatrzymujemy się
w przydrożnym motelu. Młoda kelnerka krząta się przy stołach. – Czy dostaniemy
może kawę? – Pracujemy od dziesiątej (była dziewiąta), ale dostaniecie. –
Uśmiech. – A czy może jest szansa na śniadanie? – Oczywiście. – Jakieś
konkretne czy można wybrać? – Wszystko, co w karcie (z lekkim zdziwieniem, że
pytamy). – Frytki też? – Też. – Pijemy kawę, wciągamy po omlecie z bryndzą,
dopychamy pajdami białego chleba (innego już nie spotkamy), przemagam połowę
fury frytek, druga kawa, cola, dymy – i toczymy się dalej.
3.
Zagłębiamy się w
środkowoeuropejski interior, ginie wspomnienie upstrzonej billboardami
domowiny, góry potężnieją, zamki mnożą się i ogromnieją, obyczaje łagodnieją,
słońce grzeje już inaczej, czuje się oddech Południa, Niziny Panońskiej,
Bałkanów, Adriatyku i Morza Czarnego – wszystko jeszcze odległe, ale już jakby
w zasięgu. Droga wije się pod skałami wzdłuż szerokiego Wagu – rdzenia
kręgowego Słowacji. W Preszowie tniemy w prawo na Koszyce i nim się zdążymy
poznać, jesteśmy u Madziarów. Tu wciąż pachnie globalnym kapitalizmem – jego
dobitnym symbolem jest gigantyczna fabryka napoju energetycznego HELL, z wielką
figurą czerwonego diabła na froncie – ale jedziemy przez daleką prowincję,
samym północnym skrajem Węgier, tu jeszcze nie Miszkolc i Debreczyn, o
metropoliach nie wspominając; skala nie jest rozbuchana, wernakularna architektura
skromna i ujednolicona, na poboczach siedzą rolnicy z arbuzami, a im bliżej
Rumunii, tym więcej widzi się Romów, głównie krążących na rowerach półnagich
chłopaków, którzy takich naiwniaków jak my pożarliby żywcem w pięć minut. Ale
my to wiemy i zatrzymujemy się dopiero na granicy. Tu z kolei budzą się
wspomnienia poprzedniej epoki: dawny cesarski budynek celny, przy nim przeszklone
wielkie dawne hangary straży granicznej, szlaban, budki, strażnicy, kamery,
kontrola. Gdzie Schengen? Czy to z powodu najazdu Rosji na Ukrainę? Zwarta
kolejka aut wlecze się dwoma rzędami – „EU” i „non-EU” – czarnowłosi mężczyźni
palą nerwowo papierosy, zmęczone Ople i Volkswageny niemalże ocierają się
intymnie o lśniące merce i beemki na zachodnich blachach, napięcie
rośnie, upał się wzmaga, my w najlepsze udajemy, że nie mamy przy sobie nic. Sama
kontrola trwa półtorej minuty i na koniec dostajemy jeszcze uśmiech i „dobry
wieczór” po polsku. Wtaczamy się powoli w nieznany nam obu teren, w naszą
środkowoeuropejską terra incognitę, ogarniając wzrokiem przygraniczny
rozgardiasz. D. wchodzi zapytać o coś na benzynową stację, ale – jak mi
relacjonuje – sprzedawcy, czymś zajęci, każą mu spadać. Jest w lekkim szoku,
ale dwa razy powtarzać nam nie trzeba. Robimy sobie pamiątkową fotkę pod
tablicą z napisem „Romania” i pryskamy.
4.
Jest późne popołudnie.
Zostawiamy przygraniczne Satu Mare po prawej i suniemy na północny-wschód,
trasą na Syhot Marmaroski. Zaczynamy zauważać specyficzności kraju. Po
pierwsze, nikt tu nie przejmuje się ograniczeniami prędkości – jedziemy
przepisowe 50, czyli 60 km/h, a mijają nas kolejne rozpędzone wozy. W którejś z
miejscowości zauważam radiowóz na poboczu i gwałtownie hamuję; dwaj policjanci,
roześmiani i pogrążeni w rozmowie, spoglądają na nas z niejakim zdziwieniem i kontynuują
przerwany dyskurs. Żartujemy sobie o „rumuńskim przeliczniku” – razy dwa, a jak
mus, to razy trzy. Bo jak mus – to mus, wiadomo. Po drugie, wioski i miasteczka
żyją, mimo że już zmierzcha. Na ławeczkach przy drodze – niczym na trasie z Białegostoku
do Augustowa – siedzą starzy: babcie, dziadkowie, starzy kawalerowie, emeryci,
ale i młodzi: kobiety z dziećmi, nastolatkowie. Nie piją, raczej rozmawiają,
albo zwyczajnie siedzą, żeby zaznaczyć swą obecność w przestrzeni publicznej,
pokazać, że są częścią społeczności. Widzimy przy drodze coraz więcej oświetlonych
knajpek, pizzerii i barków. Satu Mare, Livada, Negreşti-Oaş. Architektura
pozostaje skromna i jednolita – czerwona dachówka, jednorodzinne domy – aż
wjeżdżamy do miejscowości Certeze. Tu od razu widać różnicę: jedna za drugą
ciągną się dwu- i trzypiętrowe wille o nowoczesnych, przeszkolonych fasadach,
dobudowane do stojących nieco w głębi zwyczajnych wiejskich domów. Wiele ma
zaokrąglone łukowato dachy, większość wygląda na puste. Kulminacją jest ogromna
willa w samym centrum miejscowości, z fasadą wypełnioną kunsztownie wykonanymi
w piaskowcu rzeźbami i płaskorzeźbami o tematyce klasycznej; wygląda to na
włoską robotę. Wpadamy w jeszcze większe osłupienie, gdy zajeżdżamy pod sklep i
restauracyjkę. Oto wokół roi się od najnowszych Mercedesów, BMW i Audi na
włoskich, belgijskich, austriackich numerach – wszystkie wypasione do granic
możliwości, obłędne kolory, topowe wersje – a za kierownicą siedzą
dwudziestolatkowie o swojskim tu wyglądzie. Podobnie wygląda to w całym mieście
– na każdym skrzyżowaniu mija się więcej lususowych fur, niż jest w niejednym
polskim powiecie. Nie daję się nabrać na fantazje o ciężko pracujących
emigrantach i oczami wyobraźni widzę niekoniecznie śnieżnobiały rynek handlu luksusowymi
samochodami opanowany przez chłopaków z Certezy, zyski inwestowane w puste wille
– i rytualną paradę sukcesu w najważniejszy weekend lata. — Mija dwudziesta
godzina podróży i w górach przed Syhotem stajemy rozprostować kości i coś
przekąsić w przydrożnym lokaliku w miejscu po dawnym młynie. Będzie to nasz
pierwszy posiłek w Rumunii i jako że trochę pozujemy na starych wygów, a trochę
nimi naprawdę jesteśmy i z niejednego pieca – dosłownie i w przenośni –
kapuśniak na świńskim ryju fasowaliśmy, a przy tym lubimy demonstrować sobie
nawzajem własną spostrzegawczość i umiejętność logicznego rozumowania, to
nadstawiamy czułki i próbujemy wybadać, gdzie trafiliśmy i czego mamy się
spodziewać. Po spróchniałym ogromnym kole spływa woda – tu zaczynamy rozumieć,
że w Karpatach jest ona wszędzie – w witrynie wiszą kolorowe reklamy potraw, dwa
stoły opierają się grawitacji przed wejściem flankowanym przez dwa postumenty z
czarnego błyszczącego granitu w typie cmentarnym (jak głosi informacja w
witrynie, właściciele prowadzą też zakład kamieniarsko-nagrobkowy), drzwi są
otwarte, ale w środku jest pusto. Pukam do oświetlonych drzwi w głębi, ale nikt
nie odpowiada. Po chwili wyłania się właścicielka i zasadniczo na migi
zamawiamy strawę: D. wybiera zupę ciorba de burtã, nie wiedząc, co to znaczy,
ja mamałygę, bo przynajmniej znam to słowo. Dostajemy kawę – regularny zestaw z
cukrem, ciastkiem i osobną śmietanką – kurzymy i jesteśmy szczęśliwi. Powoli
zapada zmrok, stromizną w obie strony śmigają auta, oczywiście z prędkością
wedle przelicznika. Mija może kwadrans i oto D. siorbie swoją ciorbę – która
okazuje się flakami – a ja mierzę się (i przegrywam) z grubą na trzy palce
porcją mamałygi z bryndzą i skwarkami. Jedno i drugie smakuje bardzo zacnie. Jest
już ciemno, gdy żegnamy się z sympatyczną właścicielką (głównie za pomocą słowa
multumesc, czyli „dziękuję”,
jedynego, jakie znamy) i ruszamy dalej; przed nami jeszcze trzy godziny drogi.
Syhot zaskakuje nas blaskiem, a
jednocześnie czujemy, że wjechaliśmy do świata, w którym rządzi jeszcze „prawo
naturalne”: jest gorąco, lato, wieczór, na wielkim długim placu-rynku siedzą i
przechadzają się ludzie, dziesiątki lokali kuszą kolorowymi neonami, toczy się
życie, miasto oddycha. Nikt tu zdaje się nie kryć w otchłaniach mieszkań i
ekranów i nasuwają mi się refleksje o tym, co straciliśmy, i co w zamian
zyskaliśmy, i czy jedno było warte drugiego, i na czym właściwie polega jakość
życia. Rumunia w porównaniu z naszą krainą zdaje się stać jeszcze o epokę
wcześniej – a może raczej o epokę później, bo mają kapitalizm i wolny rynek,
ale nie turboglobalizm, korporacyjną pogoń szczurów, drenaż lokalnych mózgów i
więzi pseudospołeczne zbudowane na serialach i reklamach. Jeszcze nie do końca
wiemy, o co tu chodzi, ale już nam się podoba.
Pierwszymi szlakami podróżnymi
w Europie były rzeki i przy nich – a zwłaszcza u ich zbiegu – sytuują się
zwykle miasta. Właściwie to trudno wskazać duże europejskie miasto, które nie
byłoby położone nad rzeką, a kiedy prześledzimy bieg Wisły, Dunaju, Renu,
Loary, Łaby, Bugu, to zobaczymy znaczny kawał historii kontynentu. Nie inaczej umościł
się Syhot, wyrastając w miejscu, gdzie Iza, wmocniona z prawej strony przez
Ronişoarę, a z lewej przez Marę, wpada do Cisy, tysiąckilometrowej rzeki
łączącej Zakarpacie z Serbią, gdzie między Novym Sadem i Belgradem uchodzi do
Dunaju. Jeżeli rzeki niosą energię – a nie trzeba szczególnie wysilać
wyobraźni, by zobaczyć w nich krwioobieg organizmu planety – to Syhot musi być
ich wdzięcznym odbiorcą; urodzili się tu między innymi słynny cadyl Joel
Teitelbaum, ocalony z Holokaustu; Hédi Fried z d. Szmuk, która przeżyła Auschwitz
i Bergen-Belsen; Elie Wiesel, który przeżył Auschwitz i Buchenwald; szef
izraelskiego wywiadu generał Amos Manor; słynny węgierski malarz pochodzenia
ormiańskiego Simon Hollósy; pisarz Alexandru Ivasiuc.
My tymczasem prujemy przez noc
wzdłuż granicznej Cisy – na drugim brzegu już Ukraina – potem wzdłuż Ronişoary
na Ronę de Jos i Ronę de Sus i wzdłuż Vişeu (Wisły?!) na Ruscovą (od Rusinów?),
na Vişeu de Sus, Moisei (Mojsieje?) i wreszcie Borşę. Tu znowu przeżywamy olśnienie
jak w Syhocie – długo rozciągnięta wieś (potem okaże się, że to miasto i ma
blisko 30 tysięcy mieszkańców) składa się – z perspektywy jezdnego traktu – z samych
niewielkich domów jednorodzinnych i piętrowych pensjonatów, a w co drugim neon
zaprasza na rozkosze żołądka, podniebienia i wypoczynku. Po dwudziestu trzech
godzinach podróży patrzymy na to trochę jak zaczarowani. Jeszcze kwadrans
serpentynami pod górę i jesteśmy na przełęczy Prislop, 1413 metrów nad poziomem
morza. Cel na dzisiaj został osiągnięty, jutro ostatni skok. Na pustej,
rozległej przełęczy wita nas mimo późnej pory właścicielka chaty „Cabana Alpina”.
I o niej i o chacie można przeczytać same dobre rzeczy w polskim internecie, między
innymi dlatego tu jesteśmy. Wszystkie sprawdzą się co do joty, a pani Marlena
jest tak sympatyczna, że czujemy się ujęci. Dogadujemy się błyskawicznie po
angielsku i polsku, dostajemy pokój, szybki prysznic, chwilę zajmuje nam
zejście z piątego biegu, po czym osuwamy się miękko w objęcia Morfeusza, każdy
na własnym, w tych warunkach iście królewskim łożu.
5.
Ranek na przełęczy Prislop wita
nas dzwonieniem dzwonów. Naprzeciwko cabany
stoi niedawno chyba zbudowana cerkiew, a że jest 15 sierpnia – święto Zaśnięcia
Bogurodzicy – to zdążają już do niej wierni i panuje uroczysta atmosfera.
Śniadamy na powietrzu, po raz pierwszy rozglądamy się po okolicy i powoli
dociera do nas, gdzie trafiliśmy. Rozległą przełęcz ze wszystkich stron
otaczają wysokie góry, których grzbiety i doliny zdają się ciągnąć rzędami w
nieskończoność. Jak okiem sięgnąć, poza jednym czerwonym dachem schroniska na
północnym wschodzie nie widać żadnych osad ludzkich. Góry są strome, doliny
przepastne, szare skalne turnie pną się ku firmanentowi. Udziela nam się ogrom
przestrzeni, jakby wielka powietrzna bańka unosiła nas nad ziemię, ku niebu
większemu, niż kiedykolwiek widziałem. Biją dzwony, świeci słońce, jesteśmy na
1413 metrach n.p.m. i rozmawiamy z panią Marleną o górach i polskich śladach w
okolicy. Dowiadujemy się, że do najdalej na południe wysuniętego krańca II
Rzeczypospolitej (słupek graniczny nr 56, między rumuńską Jupanią 1853 m i
ukraińską Hnatasią 1766 m) jest stąd zaledwie osiemnaście kilometrów. Że wciąż
wspominają tu tragicznie zmarłego młodego krakowskiego naukowca i wybitnego
znawcę Gór Rodniańskich, Radosława Kostuja; na ścianie chaty wisi poświęcona mu
tablica. Że zdecydowanie bardziej zagospodarowane turystycznie i liczniej
odwiedzane – zwłaszcza przez podróżnych z Polski, Czech i Węgier – są położone
na północ od przełęczy Góry Marmaroskie. I że właściwie po co zmierzamy do
Putredu, skoro w pobliżu są i wyciąg, i jezioro, i wodospad, i szlaki, i
schroniska – a tam „nic przecież nie ma”. Następuje lekkie zafalowanie energii,
D. jakby się wahał, to jeden z tych momentów, kiedy czuję, że muszę przejąć
inicjatywę, opanować sytuację, skupić się na celu, bo inaczej grozi nam
popadnięcie w dylematy i wątpliwości. Mówię to na głos, ale słowa pani Marleny
o tym, że „tam nic nie ma”, zdaje się przekonały już D., że niczego lepszego
nie trzeba szukać. Wpisujemy się do ksiąg pamiątkowych (schroniska i na cześć
Radosława Kostuja), a gdy wręczam w darze Śląską
książkę kucharską, Liviu, syn pani Marleny, który stoi za barem, daje mi
pierwszą lekcję prawa naturalnego, rumuńskiej otwartości i
schroniskowo-górskiego etosu. – Weź tę książkę – mówi – i własnoręcznie postaw
ją na bibliotecznym regale, tam przy ścianie – wskazuje ręką – bo to nie jest
prezent dla mnie, ani dla mojej mamy, ale dla cabany.
Potem usłyszymy opowieść o tym, jak mama kupiła antenę
satelitarną, kiedy Liviu miał dwa lata, żeby uczyć go języków. Dzisiaj mówi po
angielsku, niemiecku, włosku, pewnie też w innych językach. Porusza się nieco
dziwnie, co wyjaśnia się, gdy pani Marlena opowiada, jak Liviu uległ wypadkowi
i przeleżał pięćdziesiąt pięć dni w śpiączce. – Nie miałam nic – wspomina –
domu, bo mieszkałam w szpitalu, pracy, pieniędzy… - Ale miałaś mnie – mówi on
na to i patrzy na nią, a nas ściska w gardle.
Żegnamy się, przebieramy w
stroje bojowe i jeszcze chwilę chłoniemy atmosferę przełęczy. Zboczem
przechodzi pasterz ze stadem krów, dzwonią dzwonki, biją dzwony, słońce nieubłaganie
podnosi się wyżej, odziane na ludowo starsze kobiety zmierzają do cerkwi, dziadek
w kapeluszu przysiadł na kamieniu na skraju przełęczy, by samotnie zakurzyć.
Przy drodze rozstawiają się sprzedawcy miodów i palinki. Hilux stojący za
sąsiednim budynkiem jest podwyższony na tyle, że można by pod nim od biedy
biwakować, a opony mają taki bieżnik, że nieledwie zmieściłaby się w nich studukatówka
Zygmunta III Wazy. Spoglądam jakby pytająco na naszego Forestera – dzielnego
leśnika, choć raczej wzmocnione kombi niż realną terenówkę – ale jeszcze nie
wiemy, co nas czeka.
6.
Zjadamy po dwa ciasteczka na
dobry rozruch i spuszczamy się serpentynami z przełęczy w dolinę Złotej
Bystrzycy. Czy to przypadek, że jedziemy znad złotonośnej Izery, a Bystrzyca –
jak przeczytam później w Słowniku
Geograficznym Królestwa Polskiego – nazywa się Bystrzycą „od wartkiego
prądu”, a Złotą „od przemywalni złota eksploatowanych niegdyś nad jej brzegami
przez Cyganów”? Oważ „wypływa z Alp Rodnajskich w Siedmiogrodzie i pod ujściem
Cybawy wkracza w granice Bukowiny”. O tym, że nie od parady nazywa się te góry
Alpami, przekonamy się już wkrótce. Na razie suniemy wzdłuż rzeki, szukając
drogi w prawo.
Od momentu kiedy w nią
skręcamy, rzeczywistość zaczyna się transformować jak na grzybowym tripie. Pierwszym
znakiem, że oddalamy się od znanego nam świata, jest drogowskaz do Putredu –
skryta pod gałęziami świerka poszarzała deska z ledwie widocznym napisem. Prawo
naturalne – kto ma znaleźć, to znajdzie. Toczymy się powoli kamienistą drogą
łagodnie w górę strumienia, na polance mijamy kilka namiotów, zaparkowane SUVy
o wyglądzie „turystycznym”. Ale już kawałek wyżej widzimy tylko podrdzewiałe
importy z trzeciej ręki – zapewne grzybiarze albo jagodziarze. Droga nieco
stromieje i nagle wyjeżdżamy na dużą polanę nad strumieniem, na której
rozłożyło się sporo obozowisko Romów. Jesteśmy jakieś 1300 m n.p.m., a tu stoi
kilkadziesiąt krytych folią i gałęziami szałasów i bud połączonych organicznie
z namiotami, przyczepami i zadaszeniami, w niebo leci dym, kilka tuzinów osób –
matek z dziećmi, młodziaków, dorosłych chłopów, starzyków – siedzi, stoi, przechadza
się, działa lub wypoczywa. Wiemy, że nas widzą, że widzieli już takich jak my,
że wiedzą wszystko, czego my nie wiemy, więc zwalniamy i zastanawiamy się, czy
jechać dalej. Drogą nadchodzi z lasu, stąpając swobodnie, wysoka szczupła
czarnowłosa młoda Romka z plecakiem czy koszem – pewnikiem z jagód. Uśmiecha
się do kogoś w obozie i nie patrzy na nas, ale kiedy pytamy gestem i
volapükiem, czy można jechać dalej, jakby od niechcenia potwierdza. Czujemy się
pokrzepieni na duchu, a wręcz zaczynamy się cieszyć, że być może droga prowadzi
do samej bacówki i nie będziemy musieli drałować pod górę. Wciąż jeszcze nie
wiemy, z czym się mierzymy. Ale już za chwilę tak. Obóz Romów jest jedną z bram
do Jądra – za nim zaczyna się prawo naturalne w wydaniu ekstremalnym. Po kilku
minutach droga niespodziewanie stromieje – i to srogo – ale to dopiero
początek. Najpierw jednak nadchodzi pasterz z telefonem zatkniętym pod czapką i
stadem owiec w obstawie psów. Schodzi ze stromego lesistego zbocza, przekracza
strumień i staje przy aucie. – Można jechać dalej? – pytamy. – Da, da, gute
sztrase – odpowiada. I oto zaczyna się owa „gute sztrase”: dwukilometrowy
podjazd po głazach, dziurach i zakrętach, na pionowym nieledwie zboczu, wąską
drożyną, i chociaż może nawet sensownie byłoby się zatrzymać, to nie ma gdzie,
a my jesteśmy zbyt nakręceni, D. zachęca mnie, bym cisnął dalej, więc duszę
pedał gazu – niejasno przypominając sobie moment, kiedy na autostradzie w
Słowacji Forester nie chciał coś jechać pod górę, a pan mechanik wspominał coś,
że zbliża się regulacja zaworów, i naprawiane niedawno cylinderki hamulcowe –
niby spokojnie, ale jednak z narastającym napięciem omawiamy z D. kwestię tego,
czy należy włączyć Power, czy Hold, zapominam oczywiście przerzucić się na
jedynkę, pcha nas jakaś siła, kombiak, podskakując, trzęsąc się, chrobocząc i
skrzypiąc, pokonuje kolejne kamienno-skalne progi i uskoki, ale jakby ociężale,
nie wkręca się na obroty, więc w końcu – przed najostrzejszym i najstromszym
dotąd kamienistym zakrętem – siada mi psycha i spocony jak mysz staję. Tutaj
dopiero dociera do nas, co odwaliliśmy. Gaz, benzyna, adrenalina. Wjechaliśmy czymś
w rodzaju wzmocnionej osobówki po 1000 kilometrach trasy prosto z asfaltowych
szos łagodnie obłych Gór Izerskich na 1400 metrów n.p.m., w dzikie Karpaty, w
pustkowie między skały, gdzie najbliższa pomoc drogowa jest kto wie gdzie,
zasięg jest albo nie, gdzie nie ma jak się minąć, ani zawrócić, a do domu kawał
drogi. Zadrżeliśmy. Gdyby w trakcie tego podjazdu nawalił choćby jeden z
istotnych układów auta – zawieszenie, hamulce, skrzynia, silnik – a napięliśmy
je z pewnością do granic możliwości – to bylibyśmy ugotowani. Zostałyby po nas
kapelusze, a Subarak, rozebrany na części i złożony na dole, służyłby władcy
obozowiska. Z tymi myślami, trzęsąc się jeszcze z nerwów i podniecenia,
rozglądamy się wokoło i przyroda sprawia, że wraca nam animusz. Zaraz pod nami
strumień utworzył niewielką kaskadę i zstępujemy do naturalnego jacuzzi,
dokonując zaślubin z tutejszymi duchami wody. Potem pakujemy się – na pół gwizdka, myśląc,
że w każdej chwili będziemy mogli wrócić do auta – chwytamy laseczki, nakładamy
kapelusze i drepczemy raźno pod górę.
Po chwili wydarzają się dwie sceny, które w tych
okolicznościach – na stromej drodze, w ciasnej dolinie między niemal pionowymi lesistymi
zboczami, przy naszym oszołomieniu, z którego nie wydobędziemy się już do końca
– zdają się tyleż urokliwie barwne, co symboliczne. Najpierw oto mijają nas
chłop z krową i dziewczyna, pewnie jego córka. Schodzą z krową na dół,
przyjaźnie pozdrawiają, a dziewczyna po angielsku (!) informuje nas, że do
bacówki to właśnie tędy i jeszcze dwa kilometry. Zaraz potem, wciąż jeszcze na
stromiźnie, mija nas prący pod górę srebrny Hilux, na tylnym zderzaku którego
podróżuje roześmiana szczupła kobieta w krótkich spodenkach i górskich butach.
Patrzymy jak urzeczeni. Coraz bardziej nam się tu podoba. Prawo naturalne,
wolność, przestrzeń, swoboda, dziarski duch, otwartość. Nasza góralofilia jest
świadoma i nieraz, wędrując po Izerach, rozprawiamy o góralskim etosie, o
charakterze ukształtowanym przez żywioły, o życiu surowym, ale wesołym, i teraz
nagle mamy przed oczami żywe tego przykłady. Mija może szesnaście plusków
potoku i oto teren wypłaszcza się – i następuje pierwsze olśnienie. D. bywał w
świecie, wszedł na Mont Blanc, trekował wzdłuż Annapurny (ma na palcu
szczęśliwy pierścień, który dostał tam od napotkanego na szlaku świętego męża),
ja znam tylko Tatry z dzieciństwa i przejechałem przez Karpaty tamtym zielonym
busem, więc mnie pewnie szczęka opada niżej, ale obaj stoimy i nie wiemy, co
powiedzieć, bo potęga sceny czopuje nam gardło. Stoimy u wylotu rozległej
doliny, po lewej pnie się strome zbocze, w dole po prawej szumi strumień, a
wszędzie wokoło wznoszą się na czterysta metrów porośnięte zielenią i usiane
skałkami i piargami głęboko użlebione dwutysięczniki, z których wyrastają
pomniejsze wzniesienia. Po prawej dwustrumetrowy obryw i wodospad, a nad nim
zapewne wisząca dolina – ale tego jeszcze nie wiemy. Zewsząd spływają srebrnymi
wstęgami strumienie, dźwięczą krowie dzwonki, niebo wydaje się jeszcze bardziej
niebieskie niż zwykle, nad głową przelatuje nam para kruków. Pośrodku tej
dramatycznie scenerii stoi kilka niewielkich zabudowań, raczej szopek niż
domków, a bliżej nas, nieco niżej, długa niska drewniana obora. Poza tym – jak
okiem sięgnąć – ni śladu człeka. Przed nami wielka brama z trzech grubych bali.
Przekraczamy ją i oto jesteśmy w Putredu.
7.
Tu wnet mamy wrażenie, że nie
mogliśmy przybyć w lepszym momencie. Na
gumnie popasu, pomiędzy chatką, szopką i altaną, panuje wesoły rozgardiasz.
Jest najważniejszy weekend lata, odbywa się tu coś w rodzaju rodzinnego zjazdu,
a szczupła kobieta ze zderzaka okazuje się właścicielką. Wciąż jeszcze wydaje
nam się, że jesteśmy w miejscu turystycznym, bo jest tu też czternaścioro
Madziarów – trzy rodziny – z którymi będziemy współdzielić spalnię, ale kiedy
Florica dodaje: - Jeżeli miejsca wystarczy, a jak nie to, będziecie spać z
nami… to znaczy, nie z nami dosłownie… – i śmieje się, to powoli dociera do
nas, że wcale niekoniecznie. Zrzucamy rzeczy na wolne łóżko w pokoiku na
poddaszu wyniesionym na dwa metry w powietrze na kilkunastu słupach, bierzemy
niezbędny szpej i po krótkim odpoczynku ruszamy w góry. Tniemy ostro stromym
zboczem na grzbiecik, z którego podobno można wejść na górujący nad doliną
szczyt – na starych mapach zaznaczony jako Putredul – by potem przejść kawałek
grzbietem i zejść do doliny z drugiej strony, zatoczywszy szeroki łuk na
wysokości jakichś 2000 metrów. Na razie wydaje nam się, że nie wiadomo, czy
gdziekolwiek dojdziemy, bo jesteśmy wytrenowani, ale w skali izerskiej, a tu
są, panie dzieju, Wewnętrzne Karpaty Wschodnie i Alpy Rodniańskie. Wejście na
tę pierwszą – nieznaczną w porównaniu z otoczeniem – górkę (Bâtca Putredu 1643
m według mapy) zajmuje nam raptem pół godziny, ale zziajani jesteśmy jak mopsy.
Grzbiecik przechodzi w grań, która ciągnie się aż po główny grzbiet – stanowiący
zamknięcie doliny – a zboczem biegnie średnio stromym trawersem ścieżka. Widok
stąd jest nie mniej wybitny niż z dołu, a przecież rozleglejszy: na północnym
zachodzie pojawiają się Marmarosze, na wschodzie wyłania się siwy niczym
Gandalf olbrzym Ineu, 2280 metrów, drugi najwyższy w Rodnejach. Bacówka w dole
jest wielkości paznokcia kciuka, przestwór otwiera się nad nami szeroko, na
jednym czy drugim zboczu w oddali widać stanę
(chatkę, szałas), kilkadziesiąt metrów niżej lśni na grzbiecie
jeziorko-bajorko. Są i kruki, suną ślizgiem na skos bez jednego poruszenia
skrzydeł. Cisza – i bezkresna, zdałoby się, przestrzeń. A przy tym spełnienie
marzeń wędrowca – krajobraz, o którym czytałem w dawnych relacjach podróżnych z
gór śląskich: zielony, bezludny, dziki, dramatyczny, przepastny, porywający. Gdzieś
w oddali dzwonią krowie dzwonki. Przemy po głazach i zboczem, a gdy wreszcie wychodzimy
na grzbiet, poprzednie wrażenia potęgują się wykładniczo, jakbyśmy z dagerotypu
przeszli na stereoskop, albo z kwasu na meskalinę. Tu już widać góry po
horyzont we wszystkich kierunkach. Jesteśmy, zdaje się, w samym sercu Karpat. —
Siedzimy długo, odpoczywając po dwugodzinnym podejściu, i spoglądamy na bezlik
szczytów. Ku południu ciągną się na trzydzieści czy czterdzieści Rodnajczyki, na
których północno-wschodnim skraju jesteśmy; na wschodzie, widoczny stąd jak na
dłoni, ogromnieje Ineu, na lewo od niego kulminacja Tomnatecula 1967 m; na
północy widać sąsiednie Karpaty Marmaroskie sięgające po Ukrainę (i dawną
Polskę), a na zachodzie tną horyzont na pierwszym planie kolejne strzeliste
szczyty grzbietu: Cisa 2039 m, Omului 2135 m i wyniosły Gargalau 2159 m. Wszystkie
te nazwy poznajemy sporo później, bo jakkolwiek skrzętnie wydawało nam się, że
się przygotowaliśmy, to jednak kluczowe rzeczy – jak mapy – zostawiliśmy w
aucie. Przy tych stromiznach i odległościach nie będzie już – według
naturalnego prawa inercji – sensu po nie schodzić, a jedyny zasięg w pobliżu
jest ukraiński, po 36 zł za 1 MB, więc cała wyprawa odbędzie się na czuja, na
oko, na nosa, w całkowitym – świadomym i radosnym – zaprzeczeniu turystycznych
dekalogów. Teraz nie mamy też wody, ani prowiantu – ale mamy ciasteczka, a one
są bardzo pożywne. — Grzbietem wiedzie jedyny szlak i tu po raz pierwszy od
wyjścia widzimy człowieka; spotkamy jeszcze potem trzech młodych Polaków z
plecakami i zobaczymy z oddali grupkę kilkuosobową – i to będzie wszystko. Wdrapujemy
się na pobliską Cisę i schodzimy kawałek dalej grzbietem do ścieżki, która
trawersując zygzakami obniża się urwistym zboczem w dolinę zawieszoną nad
Putredu. I cóż to jest za miejsce! Jeszcze zanim tam dotrzemy, atmosfera
gęstnieje całkiem dosłownie, bo nad głową krąży nam nagle nie pięć czy
dziesięć, ale pięćdziesiąt kruków, co oczywiście odbieramy w kategoriach
fenomenologiczno-ontologiczno-podniosło-magicznych. W połowie zbocza pijemy ze
źródła wytryskującego – od razu w postaci raźnego strumienia – spod ogromnego
nadwieszonego głazu, w niszy pod którym utworzył się jedyny zapewne w swoim
rodzaju ekosystem. Pod sobą mamy rozległy trawiasto-skalisty płaskowyż z
wijącym się strumieniem i przypomina mi się dolny Jagnięcy Potok. Tu jednak
otaczają nas skaliste dwutysięczniki, a na środku plateau wznosi się spory
pagór o kształcie kurhanu. Biją tu potężne energie. Schodzimy na dół i widzimy,
gdzie się znaleźliśmy – w sercu serc, sanktuarium, najwewnętrzniejszej, nikomu
nieznanej dolinie. Nikomu, to jest, poza krowami, bo ich zasuszone placki leżą
wszędzie. Kiedy przy którymś z zakoli strumienia znajdujemy całą czaszkę z
rogami, przeszywa nas metafizyczny dreszcz. Przykładam ją do twarzy, a D. robi
mi zdjęcie. Kruki zniknęły, jest tylko ogłuszająca cisza, w której słychać
każdy szmer, i pierwotna kotlina zamknięta z trzech stron skalnymi ścianami, a
z czwartej otwierająca ku Putredu progiem, w którym huczy wodospad (nazywamy ją
Ngorongoro na cześć tanzańskiej kaldery, o której D. – bywały również na
Czarnym Lądzie – niedawno mi opowiadał). W poczuciu uniesienia i „totalnego”
(jak ujmował to Naum Gabo) obcowania z naturą długo stoimy i rozglądamy się
wokoło, próbując nieudolnie oddać słowami to, co nas otacza. Brzmi to jak opowiadanie
ślepców o wyglądzie słonia, więc dajemy sobie spokój i tylko chłoniemy. Spod
ziemi bije gigantyczna energia – ta sama który wyniosła wszystkie te szczyty –
wraca zwielokrotniona oddechem nieba i przenika nas na wskroś, transformując
nieodwracalnie. Po tym miejscu nic już nie będzie takie samo. Zostaliśmy
wpuszczeni, dopuszczeni, przyjęci do tej archikatedry natury i wstrząsa nami poczucie
uczestnictwa w świętej tajemnicy i duchowego zjednoczenia ze światem.
8.
Między skałami, spływącymi
zewsząd potokami, pośród krowich placków, w cieniu dwutysięczników, wzdłuż
głębokiego jaru, w którym huczy wodospad, schodzimy oszołomieni do Putredu. Zmierzcha
już, mamy w nogach niemało stajań, mija siódma godzina wypadu. Przy samej
farmie rozdzielamy się – D. rusza w prawo wzdłuż płotu, gdzie spotka
wracających z hal pasterzy ze stadem krów, ja napieram przez pastwisko wprost
do domku noclegowego. Gdy jestem już pod nim, zapadam się niemal po pół łydki w
rozdeptaną przez bydło pierwotną materię – czarną, miękką jak budyń ziemię – i
świta mi, że znajdujemy się nie tylko w samotnej bacowni, ale i w alchemicznej
transformatorni. „Putredu” bierze się od „zgniły”, jak w angielskim putrid, więc jakby „Zgniłocha” (tę nazwę
pamiętam z dziecięcych wakacji pod Purdą na Warmii) – i tu, osuwając się wbrew
woli w materia prima, przeżywam
moment nigredo, a może satori. Stara struktura pęka i po
schodkach na górę wchodzę już inny. Dzwonią dzwonki, kilkadziesiąt krów w
asyście kilku świń i kilkunastu psów oraz dwóch pasterzy maszeruje dostojnie do
dojarni. Pasterze pogwizdują na nie i strzelają z bata (w pierwszej chwili
myślimy, jak te miejskie przygłupy, że z kapiszonowca). Niebo czernieje, palą
się gwiazdy, dzisiaj noc Perseidów. — W miejscu, gdzie złożyliśmy rzeczy,
pochrapuje jakiś starszy jegomość o wyglądzie autochtona, cichaczem przenosimy
się do głównej sypialni, którą współdzielimy z Węgrami. Wszelka myśl o
polegiwaniu musi jednak zostać odłożona na później, bo zostajemy zaproszeni na
kolację. W wiacie na skraju gumna, przy betonowym basenie z wodą tryskającą z
plastikowej rury, otoczonym siatką tworzącą zagrodę dla pojedynczej, z jakiegoś
powodu podgolonej od dołu owcy, siedzą Madziarzy. Kilka ledowych żarówek z
trudem rozświetla mrok. Nie ma tu prądu z sieci, więc wieczorem i rano, kiedy
przerobione z samochodowych silników generatory napędzają elektryczne dojarki,
ładuje się akumulatory do ledów. W samej bacówce mają nawet – nie wiem jakim
sposobem – 220 volt; dobiegają stamtąd rytmiczne dźwięki i wesołe melodie
rumuńskiej muzyki ludowej. Musimy chyba być naładowani energią, bo
błyskawicznie nawiązujemy kontakt z Floricą, jej mężem Wasylem, który to
wszystko zbudował (wcielając w życie jej szalony pomysł), ich kuzynami: siostrzenicą
Marią, rosłym Catalinem z żoną dentystką, wysokim siwym brodaczem, Węgrami i
pracownikami stanicy. Poza tymi ostatnimi niemal wszyscy mówią lepiej lub
gorzej po angielsku – to kolejna prawidłowość, którą zauważamy w tym kraju, a
nazajutrz potwierdzi się w niezwykłych okolicznościach – i żywo, z wzajemnym
zainteresowaniem i rosnącą sympatią, gawędzimy w najgorętszą noc lata, w
wielkiej pustej dolinie 1500 metrów nad poziomem morza. Mam nieodparte
poczucie, że nie jesteśmy tu przypadkowo – tu zwyczajnie nie da się dotrzeć
przypadkowo – i że uczestniczymy w czymś większym, niż pozory mogłyby
sugerować. Mówię to Florice i Wasylowi, a oni otwierają ramiona i ściskamy się serdecznie.
Perseidy nie chcą spadać, ale za to na stół wjeżdżają wielkie drewniane okrągłe
deski wypełnione jadłem: pokrojona bryndza i ser żółty (którym Florica wygrała
swego czasu konkurs na produkt lokalny w polskim Koniakowie), słonina, plasterki
wołowej kiełbasy („nie robimy, ale krowa złamała nogę” – prawo naturalne!),
pieczone mięso, cebula, pomidory, papryka, biały chleb; do tego palinka (50
procent, jak się dowiadujemy) w plastikowej butelce po wodzie i micha
zabielonej sytej zupy. Nic tu nie jest zbędne, nic sztucznie dodane („Może
chcecie pieprz i sól? Ale i tak nie mam [śmiech]”), nic napuszone albo pod
turystów – w istocie cieszymy się, że mamy co jeść, bo jesteśmy tu bez
zapowiedzi, nikt nam niczego nie obiecywał, a innych możliwości, jak okiem
sięgnąć, nie ma – a zarazem wszyscy mają serce na dłoni i okazują nam wielką
uprzejmość i dobroć. Akcja, którą wykonaliśmy z D., to, że przyjechaliśmy właśnie tu, kompletnie w nieznane, ale
świadomie i z determinacją, przez pół środkowej Europy, i entuzjazm, z jakim
traktujemy wszystko wokoło, być może w jakimś stopniu się do tego przyczyniają.
Kilka razy chwytam wpatrzone we mnie spojrzenia młodych Madziarów –
kilkunastoletnich chłopaków, licealistów pewnie – i choć nie wiem, co
przekazują – podziw? irytację? zazdrość? fascynację? – to widzę, że są
intensywne. Panuje atmosfera schroniskowej radości i wielopoziomowej wspólnoty:
środkowoeuropejskiej, wędrowniczo-góralskiej, wspólnoty ludzi dopuszczonych do
sekretu Putredu, otwartych i ciekawych drugiego. Po uczcie długo jeszcze
rozmawiamy, potem długo ściskamy sobie dłonie z gospodarzami i obejmujemy się
na dobranoc, a we mnie rośnie poczucie, że coś znalazłem.
9.
Wspominam miejsca i domy, w
których mieszkałem. Wszystkie zdaje się łączyć pewien wspólny mianownik:
geograficzno-kulturowa liminalność i początkowo nieuświadamiana, a później
poszukiwana swoboda. Blok na warszawskich Bielanach – wtedy jeszcze Żoliborzu –
na granicy nowego miasta i resztek wsi, nad płynącą dzisiaj całkiem pod ziemią
rzeczką Rudawką i na skraju bagnistego lasku Olszynka, gdzie łany słoneczników
i chaszczy, ogniska i łowienie cierników na nitkę z dżdżownicą; osiedle, gdzie
mieszkały wszystkie klasy społeczne i jeden z sąsiadów mógł być rolnikiem z Żukiem
jabłek w skrzynkach, a drugi – akurat drzwi w drzwi – profesorem Feliksem
Rączkowskim, słynnym organistą. Dom jednorodzinny na Oficerskim Żoliborzu,
gdzie drobni mieszczanie wiodą żywot obok wybitnych artystów i innych ludzi
sukcesu w willach przedwojennych generałów. Wiejska chałupa nad Bugiem, na
dalekim końcu wsi, na polsko-białoruskim pograniczu, niedaleko Drohiczyna i
Mielnika, przy starym trakcie z Krakowa do Wilna. Dom zbudowany na starym
siedlisku na polsko-litewskiej granicy, we wsi zamieszkanej przez etnicznych
Litwinów, nasze pole kończące się słupami granicznymi. I wreszcie
kamienno-drewniano-ceglany dom-gigant w śląskich górach, blisko Czech i
Niemiec, w którym mieszkam teraz. Dodaję – jako domowinę wyobrażoną –
Michelsbaude, nieistniejącą chatę w Wysokim Grzbiecie Gór Izerskich (której
ślady odkryłem w 2018 roku, co sprawiło, że nauczyłem się czytać po niemiecku i
zacząłem tłumaczyć i wydawać dawne relacje podróżne z okolicy), i nieistniejący
dom na Kobylej Łące, tam, gdzie Kobyła wpada do granicznej Izery, związany z
historią tej pierwszej. Śledzę to wszystko w myślach, widzę rozwijającą się
spiralę i uświadamiam sobie, że znalazłem miejsce – Miejsce – i dom – Dom – o
jakich nawet nie marzyłem. A może marzyłem po cichu, nieodważnie. Widzę, że
jestem w czymś w rodzaju Michelsbaude – jeżeli istnieje dzisiaj coś podobnego
do niej, to Putredu jest właśnie tym: samotnym pojedynczym ludzkim siedliskiem
wysoko w górach, gdzie prowadzi się gospodarkę mleczną. I tak jak tam mogą się
tu spotkać ludzie z różnych zakątków kosmosu i pięter podwójnej helisy bytu, i
tak jak tam obowiązuje tu prawo naturalne, czyli prawo zachowania energii i
przetrwania, i tak jak tam znajdujemy się na pograniczu krain i etnosów: schodzą się tu historyczne regiony Marmarosz,
Bukowina i Siedmiogród, okręgi Maramuresz, Suczawa i Bistrița-Năsăud, Rumuni
stykają z Madziarami, Hucułami i Mołdawianami, a Europa Środkowa ze Wschodnią i
Południowo-Wschodnią, tak jak tam Ślązacy z Czechami i Północ z Południem. I tak
jak tam panuje w tym miejscu niemal absolutna wolność i otacza je ogromna pusta
przestrzeń. Co tu się wydarzyło? – pytam sam siebie i nie bardzo wiem, co
odpowiedzieć. Wokół domku i pod nim poleguje kilkadziesiąt krów i brzęk ich
dzwonków jest jak transowa kołysanka. Zasypiam pośród cicho pochrapujących
Węgrów, czując głęboką wdzięczność do świata, jakbym był Odyseuszem, który
wreszcie zawinął do rodzinnego portu.
10.
Na śniadanie – które spożywamy
z gospodarzami i rodziną – jest to samo co na kolację. Wszyscy tryskają dobrym
humorem, poziom endorfin mamy chyba rekordowy – słońce, niebo, góry,
przestrzeń, zieleń, woda, zwierzęta – cóż więcej trzeba do szczęścia? Teraz
wreszcie mamy okazję przyjrzeć się bliżej gospodarstwu – jego strukturze, funkcjonowaniu
i załodze. Pracownicy to prawdziwi górale-zawodowcy, którzy nie patyczkują się
w obertasie i doskonale wiedzą, co i kiedy jest do zrobienia. Tym, których
imion nie znamy, nadajemy robocze pseudonimy. Jest więc Dziadek, najstarszy,
niewysoki, krępy, z brzuszkiem, uśmiechnięty i otwarty (bez mrugnięcia okiem
przyjmuje i chowa skręta, którego mu robię) – główny baca od sera. Jest Zielony
Kapelusik, w naszym wieku, nieco jakby nieufny, a w każdym razie niewylewny,
łypiący jakby z ukosa czarnymi oczami – główny baca od krów i dojenia. Jest
Chudy, czyli Rado, po pięćdziesiątce, żylasty, który pasie krowy na halach.
Jest jego syn, Andrej, dwudziestokilkuletni, który ma dłoń wielką jak bochen
chleba, co z D. zaraz zauważamy i – jak to my – omawiamy. Jest córka Chudego i
siostra Andreja, Ramona, najpewniej dowodząca odcinkiem wiktu i opierunku. I
jest osiemnastoletni Kristi, duży i wesoły, z którym rozmawiamy na migi i volapükiem
– żaden z członków załogi baudy nie mówi po angielsku – i który chyba
najbardziej otwarcie się w nas wpatruje, śledząc niemal każdy nasz ruch.
Wybałusza oczy, kiedy kręcę johna dla Dziadka, spogląda na moje zamszowe
spodnie, wełniany kubrak i laseczkę, i dziwuje się, kiedy pytam, czy jest
szansa na pośniadanną kawę. Wkrótce dostaję parujący garnek z litrem zalewajki
i czuję się, jakby kelner we fraku podał mi małą czarną w weneckiej Caffè
Florian. Sączę aromatyczny napar, pogryzam ostrą jak kieł niedźwiedzia zieloną
papryczkę, której słój zostaje mi wręczony na zagrychę (Kristi i pozostali
uważnie patrzą, a potem śmieją się, kiedy mnie zatyka i łzawię), i wodząc
wzrokiem po terenie stanicy, rekonstruuję w myślach stan tutejszego pogłowia. Podstawą
jest stado krów – jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt na miejscu oraz
mniejsze grupki, które z jakiegoś powodu – „bo nie dają mleka”, jak się nam
enigmatycznie wyjaśnia – łażą wolno po odległych halach i pionowych urwiskach,
wysoko nad doliną. Główne stado dojone jest jeszcze przed świtem, a następnie
wypędzane na pastwisko; wtedy też cichnie brzęk dzwonków. Wraca po południu na
wieczorne dojenie, prowadzone przez Kapelusika, Chudego i Andreja. Towarzyszy
mu sfora psów – będzie ich z dziesięć – mniejszych i większych, wielkich
bukowińskich psów pasterskich i małych zajadłych kundelków, czarnych kosmatych diablików
o olśniewająco białych ząbkach, oraz kilka świń z krótkimi ogonkami („nie, nie
obcinane, taka rasa”). Te mają swój chlewik na tyłach drewutni, z której
wybiega długi na trzydzieści metrów i sięgający do piersi wał porąbanych
świerkowych polan. Dwie czy trzy świnie z jakiegoś powodu dopuszczone są do
większej poufałości i one dostają rano zlewki mleczarskie – czyli zasadniczo
serwatkę – w korycie wyciosanym w świerkowym pniu, tuż obok stołu, gdzie piję
moją kawę po karpacku. Swoją drogą, jak słusznie zauważa D., tak grubego blatu stołu
jeszcze nie widzieliśmy – ma z pół metra. W pewnej odległości od corralu pasą
się dwa kasztanowate konie o smukłych pęcinach. W betonowym basenie przy wiacie
roi się od pstrągów, a przy nim spoczywa lub przechadza się pojedyncza owca. —
Zaglądam do dojarni, ale zdążam tylko rzucić okiem, nim wypłoszy mnie łypnięcie
Kapelusika. To jego królestwo, akurat trwa dojenie i nie zamierzam ryzykować,
że ktoś uzna, że z powodu mojego mal
occhio nie udało się mleko i trzeba mnie potraktować po transylwańsku. Chwila
trwa jednak dość długo, bym spostrzegł lśniące bańki, lśniące ssawki i lśniące
deski podłogi, na której stoją w dwóch rzędach krasule. Głównym produktem farmy
jest ser – biała bryndza i żółty z małymi dziurkami. W wielkim kotle doglądanym
przez Dziadka warzy się na ogniu skrzep, u powały wiszą lniane woreczki z
odciekającą masą. W sąsiednim pomieszczeniu na drewnianych półkach dojrzewają
kwadratowo-okrągłe sztuki. Dowiadujemy się, że gospodarstwo działa od około
połowy maja do końca września – przez resztę roku rządzi tu śnieg. W
Karkonoszach nazywano to dwieście lat temu „baudą letnią”. Tymczasem świeci
słońce, niebo się uśmiecha, góry górują, wzywa nas imperatyw drogi. Do
plastikowej butli po wodzie fasujemy maślankę – gęstą od kawałków masła,
kwaskowatą i orzeźwiającą – po czym obserwowani spod oka przez Kapelusika
przybijamy piątki z młodzieżą i ruszamy w góry.
11.
Wspinamy się na to samo strome
zbocze co poprzedniego dnia, ale już mądrzej – nie pionowo przez poziomice, ale
trawersami, ścieżkami wydeptanymi przez krowy. Wkrótce orientujemy się, że na
tym odludziu to one stanowią najpewniejsze szlaki – skoro krowina się
przecisnęła, to i człek przejdzie. Widoki są rozległe i właściwie na oko można
zaplanować trasę. Nasza wiedzie krowimi ścieżkami do sąsiedniej doliny,
rozciągniętej wzdłuż zasilanego licznymi dopływami strumienia i flankowanej z
jednej strony porośniętym lasem upłazem, a z drugiej ogromną stromą ścianą
głównego grzbietu; jak spostrzegliśmy wczoraj, w dolinie przycupnęły dwie
chatki. Jedna ma należeć do niejakiego Dimitru, przyjaciela naszych gospodarzy,
druga wyglądała z góry na pustą – i już nam się roi, żeby ją zająć, przejąć,
wydzierżawić, wynająć, kupić, wyremontować i co tam jeszcze w
drobnomieszczańskich łepetynach odbija się echem. W pyszałkowatym nadęciu
zdążyliśmy już ochrzcić ją „cabaną polonesą”. Teraz patrzymy na obie z
grzbietu, przez który musimy się przedostać. Na nas patrzą beznamiętnie
biało-rude krowy, od niechcenia przeżuwając. Stoimy na siodle między dwiema
ogromnymi dolinami, nad nami wznosi się usiana skałkami, porośnięta kępami
karłowatego jałowca pionowa fasada szczytu Coasta Neteda 2060 m, ku zachodowi i
południu ciągną się w siną dal górskie pasma, na północnym wschodzie z długiego
rudotrawiastego grzbietu wyrasta dumną piramidą Tomnatecul, a od południowego
wschodu perspektywę zamyka Ineu, materializacja jednego z najstarszych tutejszych
bytów chtonicznych, sądząc po siwiźnie, wysokości i krótkości imienia. W
odróżnieniu od większości pobliskich szczytów ma wygląd alpejsko-tatrzański –
nagie skalne ściany strzelają stromo na kilkaset metrów ku chmurom. Trawersem,
przez sięgające piersi czepliwe jafyry i przez zagony czerwoniutkich borówek,
schodzimy do strumienia. To, co z góry zdawało się srebrną niteczką, jest istną
rzeką, spadającą z hukiem po nagiej skale. Jak to mamy w zwyczaju, pijemy z
niej, a potem wskakujemy do chłodnej wody – karpackie strumienie są stworzone
do praktykowania misogi.
Po poziomicy, lekko kosząc do góry, wiedzie droga, na której
pewnie poradziłby sobie traktor. Po kwadransie zaprowadza nas do chatki. Wokół
pustkowie. Stare drzwi z ładną starą klamką i szyldem, otwarte; szerokie
legowisko z grubych bali, stół, ławka, miejsce po piecu-kozie; z okna widok na
skalisty grzbiet z wyniosłościami Gargalau, Omului i Putredula. Coś jakby
sceneria westernu, gdyby nie oznaczało to porównywania rzeczy istnej z
fantazmatem. Ciasność perspektywy, ogrom piętrzącego się po drugiej stronie
doliny górotworu, ma jednak w sobie coś dusznego i wychodzimy z chatki na
zewnątrz. Od południa i południowego wschodu skradają się grube chmury, niebo przeszywa pojedyncza błyskawica i rozlega się odległy
grzmot, ale jeszcze nie myślimy o tym, co się święci. Maszerujemy z powrotem w
dół ku drugiej chatce, myśląc, że zastaniemy tam Dimitru. W połowie drogi
zauważam, że nie mam laseczki, więc wracam po nią spory kawał nad strumyk,
gdzie piliśmy, ale jej tam nie ma, więc wracam kolejny kawał aż do samej
chatki, jeszcze raz zaglądam do środka, teraz już mi trochę jakby nieswojo,
laseczki nie ma, napieram tedy nazad i znajduję ją trzydzieści kroków przed
miejscem, gdzie się rozstaliśmy, tam, gdzie badaliśmy odchody jakiegoś
zwierzęcia, wietrząc w nim kto wie czy nie niedźwiedzia. Wracając, widzę, że D.
w międzyczasie spotkał się na drodze z pasterzem prowadzącym wielkie stado
owiec. Kroczę śmiało w ich stronę, ale nagle spostrzegam, że ze sześć
zwalistych owczarków podnosi się i idzie mi naprzeciw, powoli okrążając.
Skupiam się na centrum, oddycham, wiem, że dla zwierza, co pracuje,
zaatakowanie człowieka jest największą transgresją, ale też nie czytałem
jeszcze o rumuńskich psach pasterskich. Pasterz ma refleks, podnosi wielką
lagę, pokrzykuje, biegnie w moją stronę – i psy stają. Podajemy sobie ręce i
odtąd jestem bezpieczny, choć przecież względnie, bo bestie leżą dwa metry dalej,
wprost na drodze, między nami i stadem, tworząc żywy ostrokół. Wystarczy, że
zrobimy krok w nieodpowiednią stronę, by podniosły łby, więc potem już się
pilnujemy, a one tylko nieruchomo warują. Pasterz, który przedstawia się jako
Mihai, zdumiewa mnie swoją znajomością angielskiego. Mieszka w mieście, pracuje
w sektorze budowlanym, a tu przyjechał tylko na dwa dni, by pomóc Dimitru przy
wypasie. Dowiadujemy się, że psy nie służą zaganianiu stada – do tego służą
inne, mniejsze – a obronie przed wilkami i niedźwiedziami. - Głównym samcem
jest Vlku, najszybszy, ale nie widzę go tu i nie wiem, gdzie dokładnie jest –
mówi Mihai i wiedzie wzrokiem dokoła. – Jego brat – wskazuje – ma za to
najsilniejszą szczękę, jak gryzie, to od razu łamie kość. Powoli dociera do
mnie, z czym się przed chwilą konfrontowałem. Mihai niedźwiedzia nie widział,
ale wilki rok temu tak. Teraz zmierza ze stadem do chaty Dimitru, gdzie
spodziewa się dotrzeć za pięć godzin. Pytam o jego lagę – długą na półtora
metra, nieco rozszerzającą się i zakończoną kulką wielkości kurzego jaja – i
dowiaduję się, że zrobiona jest z drewna kasztanowca, twardego i sprężystego.
Potem zobaczę taką samą na fotografii polskich legionistów walczących zimą 1915
roku pod pobliską Karlibabą. Pytamy o chatkę i słyszymy, że jest zawsze
otwarta, tak jak wszystkie inne, i że zawsze można się w niej zatrzymać. Te
proste słowa rąbią nas jak cepem, rozłupują niczym koan upupiającą nadbudowę
wyssanego z pierwszymi coca-colami przeświadczenia, że wszystko trzeba kupować,
sprzedawać, posiadać, eksploatować, zabezpieczać i obracać w zysk – a przez
powstałą szczelinę wlewa się światło.
Mihai rozgląda się nagle i
jakby zauważył coś, co każe mu ruszać w drogę, żegna się z nami. Nie wiemy, czy
chodzi o nadciągającą burzę, czy to raczej baran-przewodnik wyznaczy tu rytmy. Odziany
w blue dżinsy, gumiaki i błękitny obcisły sweterek, smagły, czarnowłosy, wysoki
i szczupły, Mihai odchodzi na tle ogromnej doliny, przestworu nieba z
kłębiastymi białymi chmurami, postępując za dobrą setką owiec i gromadą kóz. W
pierwszej chwili chcemy iść za nim, już wietrząc perspektywę dalszej przygody,
już ciesząc się, że poznamy Dimitru, który ponoć mówi po polsku, bo pracował z
naszymi rodakami w Niemczech – i gdy tak witamy się prawie z gąską, i może już
prawie udajemy się w ślad za pastorem,
rejestrujemy z pewnym jeszcze niedowierzaniem, że psy na drodze ani drgnęły. Warują
z wywieszonymi jęzorami. Dwa łaciate, ułożone symetrycznie, blokują ukośnie
lewy skraj drogi, trzeci rozwalił się centralnie na trakcie, jakby dla
wyraźnego zasygnalizowania, że przejścia nie ma. Przestępujemy z nogę,
spoglądamy na oddalającego się coraz bardziej Mihaia, jego postać maleje i
ginie nam wreszcie z oczu – a psy dalej leżą. Porzucamy wstępny plan i
zastanawiamy się, czy może pójść górą – grzbietem albo zboczem – ale odstrasza
nas fakt, że oznacza to godzinę podejścia, żeby w ogóle zacząć, i muszą dopiero
minąć ze dwa strzały (z bata) znikąd, by dotarło do nas, co mogłyby zrobić psy,
gdybyśmy zaczęli je oskrzydlać od strony lasu. Lekko już spoceni, czując
właściwie ulgę, że nie zostaliśmy pożarci, podajemy tyły i szerokim łukiem
schodzimy do strumienia. Na niebie zbierają się czarne chmury, słychać coraz
bliższe grzmoty, pachnie deszczem. Do chatki wracać nie ma sensu, bo robi się
późnawo, a nie wiadomo, jak długo mielibyśmy w niej siedzieć, nie wiemy, gdzie
właściwie mieszka Dimitru, a przy tym chcemy jeszcze spotkać się z naszymi
gospodarzami, którzy wieczorem wyjeżdżają. Postanawiamy wracać tak, jak
przyszliśmy, przez grzbiet Bâtcy Putredu. Nie robimy sobie wielkich nadziei, że
burza nas ominie. I w istocie już po kwadransie maszerujemy pod górę w
siekących strugach deszczu, pośród nieodległych grzmotów; wiatr wieje taki, że
wolę nie odwracać się, by spojrzeć, czy D. idzie za mną, zamiast tego ustawiam
się idealnie na zawietrzną i cisnę w moich zamszowych porciętach przez metrowe
jagodziny. Od całkowitego przemoknięcia ratuje mnie wełniana kamizelka, bo
oprócz tego nie wziąłem nic – tak jak jesteśmy (lub roimy sobie, że jesteśmy)
doświadczonymi górołazami, tak też mamy siwe bródki i lubimy ciasteczka, więc
stale czegoś zapominamy – i śmiejemy się z tego. Teraz, akceptując sytuację,
chłonę całym sobą fale wichru i deszczu i przenika mnie dreszcz rozkoszy
intymnego obcowania z naturą.
12.
Wieczorem Florica i Wasyl długo
i serdecznie żegnają się z pracownikami farmy – obejmują, ściskają i całują.
Stanowią jedną wielką rodzinę, a my czujemy się zaszczyceni, że możemy chwilowo
współdzielić ich wspólnotę. Vasile, wysoki jegomość z siwą brodą, o szlachetnej
twarzy i mądrych oczach, rozochocony palinką i miodem, który przywieźliśmy,
opowiada gestami, że był kiedyś w Polsce, wstaje, chwyta się za serce i rzewnie
huczy: - Reszow! – Ławki się przewracają, psy czujnie wyglądają skrawków ze
stołu, dyskretnie przemykają wieprzki, brzęczą krowie dzwonki, niebo wiruje,
magia Putredu działa w najlepsze. Po ciemku już zjeżdżamy z gospodarzami ich
Hiluxem do naszego auta – Florica tradycyjnie na zderzaku („miałam operację
więzadeł krzyżowych, ale robię dwudziestogodzinne trasy na nartach po 300
kilometrów” – informuje nas ze śmiechem główna tutejsza czarodziejka) – w
niepewnym blasku czołówek wymieniamy się kontaktami i długo ściskamy na
pożegnanie. Moglibyśmy im z D. długo opowiadać, co tu przeżyliśmy i jakie
uniesiemy odczuwamy, ale wiemy, że nie ma potrzeby. Stworzyli to miejsce i
doskonale zdają sobie sprawę z jego mocy. Nie mogę się jednak powstrzymać, by
nie powiedzieć Wasylowi, że to najlepsze miejsce na świecie, jakkolwiek
bufonowato może to zabrzmieć. – Number one! – uśmiecha się i unosi kciuk w
górę. Wiemy, że to nie koniec, ale początek naszej historii. Za kierownicą
młoda Maria włącza reduktor („wujek mnie uczy”) i wielka Toyota toczy się
powolutku niemal pionowo w dół. Znikają czerwone światełka, mrok gęstnieje,
Putreda huczy na głazach, nad głową wąski skrawek rozgwieżdżonego nieba,
czakram serca promieniuje jak farelka w robotniczym hotelu, w głowie Hölderlin,
peany, Tybet.
13.
Rano atmosfera jest już inna –
wraz z wyjazdem gospodarzy zniknął też wszelki pozór turystyczności miejsca i
jawi się nam ono w porannym słońcu w swej nagiej praktyczności. Krowy się doją,
świnie, chrumkając, futrują w korycie ze zlewkami, Dziadek rąbie drewno.
Najwyraźniej jednak polecono nas miłej opiece, bo oto Kapelusik bez słowa stawia
przed nami michę mięsnej zupy, butlę maślanki, a potem jeszcze michę kluseczek
z bryndzą i skwarkami. Do tego przynosi dwa kubeczki palinki, a kiedy my – obaj
abstynenci od lat – odmawiamy, tężeje wyraźnie i musimy długo tłumaczyć na
migi, ile lat i że zero zero. – Wina też nie? – upewnia się i wydaje się nieco
udobruchany, a mi przychodzi na myśl, że możemy go niewąsko irytować. On tu
jest samcem alfa, a my wkraczamy na jego teren jak to komando i kradniemy show.
Cóż, wszystko jest jasne, dla niego i dla nas, ale przecież wyczuwamy pod
milkliwą powierzchnią dobrą duszę – inaczej by go tu nie było. Mam już mapę i
rozkładam ją na stole, a Ramona i Kristi przysiadają i z wyraźnym upodobaniem
odczytują dźwięczne nazwy znanych im miejscowości: Băile Borșa, Beclean, Sângeorz-Băi,
Dej, Năsăud. Identyfikujemy wspólnie otaczające nas szczyty i Kristi wyznaje,
że był na Ineu. Patrzymy na niego z niekłamanym podziwem, on nie daje nic po
sobie poznać, ale chyba jest trochę dumny, że zaimponował tym dwóm dziwnym
Polakom; fakt, że jak my chodzi po górach, zadzierzga dodatkową nić sympatii.
Tymczasem czeka nas ostatni dzień wyrypy. Plan na dzisiaj to zbadać trzecią z
przylegających do Putredu wielkich dolin, biorącą swą aztecką nazwę od potoku
Zanoaga, nad którym, wysoko na stoku, u podnóża giganta Gargalau, stoi samotna
chatka. Na niebie lampa, ale nauczony wczorajszym doświadczeniem wkładam jednak
do plecaka wełniany kubraczek. Jeszcze kawa, fajeczka, ostra papryczka, jeszcze
kubek ciepłego mleka od Kapelusika – jakżeby odmówić? – swoją drogą tutejsza
dieta to niezła terapia, jeśli wiecie, o czym mówię – jeszcze chowamy w juki
suchy prowiant i mokre picie, i oto oddajemy się pod opiekę bogom wędrówki i
karpackiej przygody. Maszerujemy najpierw w dół główną drogą, forsujemy
Putredu, po czym wspinamy się mozolnie kamienistą drogą wzdłuż Zanoagi. Widoki,
przestrzeń i powietrze są takie, że kręci nam się w głowie, więc uznajemy to za
dobry moment na zjedzenie po ciasteczku. Zbliżam się pierwszy do chatki, śmiało
otwieram furtkę na ganek, odsuwam pniak blokujący wąskie dwuskrzydłowe drzwi,
wchodzę do sieni i dębieję, bo na jej drugim końcu ktoś stoi. Obaj jesteśmy
równie zaskoczeni i obaj chyba nie wiemy, czy patrzymy na człowieka czy na
zjawę. – Bună! – wołam, a gdy on odpowiada jakby niemrawo, dodaję: - Pardon! –
i obaj wycofujemy się z niejaką ulgą. Przed oczami przebiegają mi sceny z tych
cholernych westernów, ale napominam sam siebie, że jestem w Wewnętrznych
Karpatach Wschodnich, a nie w Górach Skalistych. Obchodzę chałupę dookoła i
teraz już widzę, że tajemnicza postać to po prostu Chudy, który wraz z Andrejem
pilnuje tu stada. Obaj śmiejemy się z naszej przygody, po czym ruszamy z D.
dalej, bo nie będziemy chłopom przeszkadzać w robocie. Z pewnością cenią sobie
samotność i swobodę równie drogo jak my. Tu następuje interesujący moment, bo
D. chce iść w prawo, na Gargalau i główny grzbiet, a ja – onieśmielony skalą
podejścia i nastawiony na wariant łagodny spacerku raczej niż ostry – proponuję
wspięcie się na zwieńczone skałkami strome zbocze po lewej, które też do
grzbietu przylega. Jak przystało na chirurga od lat praktykującego zen, D.
przecina ten gordyjski węzeł niezdecydowania ostrą jak skalpel propozycją, by w
takim razie iść osobno, a ja nie mam innego (honorowego) wyjścia niż się
zgodzić. Tak też robimy. Ja schodzę do potoku, forsuję go i zaczynam wspinać
się krowimi ścieżkami, trawersując strome, porośnięte jagodzinami zbocze. Po
przeciwległej stronie doliny widzę malejącą postać D., który mozolnie, ale konsekwentnie
prze po gigantycznym trawiastym stoku ku grani. Wkrótce chatka w dole jest
tylko szarą plamką, figurki pasterzy nikną, wypływam na suchego przestwór
oceanu, nogi nurzają się w zieloność i jak łódka brodzę śród fali jagodzin
szumiących, śród borówek powodzi, omijając koralowe ostrowy jałowca burzanu. Kilometr
ode mnie po poziomej, na przeciwległej flance doliny Zanoagi, kapelusik D.
odcina się wyraźnie na tle nieba. Wychodzę na skały wieńczące bezimienny szczyt
i miałbym go tylko dla siebie, gdyby nie kruk, który tu pewnie panuje. Spogląda
na mnie, kracze raz jeden i powoli nabiera wysokości. Czuję się powitany, a na
dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza ma to smak szczególny. Goszczę tu
długo, na usianym skałami wypłaszczeniu z jednej strony opadającym łagodnie ku płaskowyżowi
Ngorongoro, z drugiej ostrym urwiskiem spadającym ku Zanoadze, obserwując, jak
D. – widoczny w postaci przesuwającej się w ledwie dostrzegalnym tempie czarnej
kropeczki – kończy podejście granią i zbliża się do pierwszych skałek na
głównym grzbiecie. Pod nogami jaszczurki śliską piersią dotykają się zioła,
motyl kołysa się na trawie, podlatuje rudzik, białe chmury ciągną po niebie
niczym stado tłustych owiec, wysoko kołuje samotny kruk. Myślę o wolności i
przypominam sobie słowa O-Senseia Morihei Ueshiby: „Raz na jakiś czas należy
udać się samotnie pomiędzy wysokie góry i ukryte w lasach doliny, by odbudować
łączność ze źródłem życia. Zrób wdech i pozwól sobie poszybować ku krańcom
wszechświata; zrób wydech i sprowadź kosmos z powrotem do wewnątrz. Następnie
wciągnij z oddechem całą płodność i żywiołowość ziemi. Wreszcie połącz oddech Nieba
i oddech Ziemi z twoim własnym, stając się oddechem samego Życia”.
Czując, jak przenikają mnie energie chtoniczne, teluryczne i
uraniczne, wędruję pośród skał i rumoszu, lekko kosząc do góry, na grzbiet. Tu
spoczywam na skałce – kawałek dalej przysiadł samotny wędrowiec w typie
flanelowym (chyba ma nawet plecak z aluminiowym stelażem) – pozdrawiamy się
krótkim skinieniem, żaden z nas nie ma ochoty ani potrzeby wdawać się w
dyskurs. Jestem jakieś 2050 metrów n.p.m. i mam widok na wszystkie osiem stron świata.
D. jest gdzieś między Gargalau i La Cepi, w drodze do Omului 2135 m, który
piętrzy się wprost przede mną kolosalną piramidą. Popędzane przez jedynego
pasterza, z samego prawie wierzchołka schodzi stado owiec – rozległa biała
plama jakby mrowiących się niemrawo czerwi – potęgując efekt odrealnienia, a
może właśnie go kasując. Patrzę na stromość zbocza, którym najwyraźniej
zamierzają procedować i oczom nie wierzę – spada pod kątem dobrych 50 stopni
niemożliwie długo, aż muszę spojrzeć pod nogi, żeby zobaczyć ciemne dno leśnej
doliny, w której znika; ależ mają zdrowie tutejsi górale, myślę, i wyobrażam
sobie, jak by to było, gdybym miał codziennie chodzić do roboty z tysiąca
pięciuset na dwa tysiące i z powrotem. Hej, czerwony pas, za pasem broń i topór,
co błyszczy z dala… Niedaleki jest szum Prutu i Czeremoszu, i wesoła kołomyjka
nieraz musi tu przygrywać – rozważam w myślach, wspominając wytarty czerwony
przedwojenny śpiewniczek harcerski u Dziadków na Nowowiejskiej, czekający tam na
mnie w biblioteczce obok taternickich książek Witolda Paryskiego, starych wydań
„Trylogii” Sienkiewicza oraz opasłych Dumasów, by wymienić tylko te kilka
wczesnych inspiracji, które pobudzały wyobraźnię. Tu Skrzetuski, tam hrabia de
Monte Christo, tu Klimko Bachleda na północnej ścianie Zamarłej Turni. I wuj
A., który nie wrócił żywy z Tiricz Miru w 1978, kiedy miałem dziesięć lat. Plączą
mi się teraz w głowie te i inne wątki, dla górala nie ma życia jak na
połoninie, stwierdzam z radością, wiodę wzrokiem po niezliczonych falach
ciemnych grzbietów, myślę o Thoreau w Walden, o Witkiewiczach, Chałubińskim i
Szczuce w Tatrach, o Hauptmannach w Schreiberhau, o Henryku Wańku i Tomku
Sikorskim na Wieczornym Zamku, o wszystkich tych niespokojnych duchach, które
„udawały się samotnie pomiędzy wysokie góry i ukryte w lasach doliny”, by
znajdować przestrzeń twórczej wolności. Z tych śnień wybudza mnie widok
granatowiejącego na wschodzie nieba. Czas się zbierać.
14.
Krótkim skinieniem żegnam
plecakowca w poczuciu wzajemnie rozpoznawanej, choć niewerbalizowanej wspólnoty
i ruszam w dół szerokim trawiastym żlebem. Idę prosto w burzę. Eol mgłami niebo
kryje,
wichrów dżdżystych kłęby gna,
to jak dziki wilk zawyje, to jak ptaszę małe łka, a ja widzę, że będzie wesoło,
bo przede mną kawał zejścia, potem płaskowyż, potem próg, potem zejście z
progu… Niewiele krowich placków później bóstwa karpackiej pogody traktują mnie
spektaklem przesuwającej się z lewa w prawo potężnej ulewy, którą obserwuję na
wysokości wzroku. Wkrótce spektakl staje się moim własnym udziałem – zaczyna
mżyć, kropić, padać, a wreszcie lać, wiać i grzmieć. Jestem w siódmym niebie.
Pełne doświadczenie żywiołów w naturalnym dramatycznym krajobrazie to dzisiaj
doświadczenie cenniejsze od lotów w kosmos. Tym niemniej staram się wodzić
okutym w metal końcem laseczki po gruncie i nie iść po ekspozycji, by nie kusić
losu. Grunt błyskawicznie rozmaka, wszędzie ciurcze woda, skaczę z kępy trawy
na kępę, a gdy na skraju płaskowyżu przystaję przy wyrastającej tam skale,
wieje tak, że doceniam zalety wełnianego kubraczka. Co chwila przechylam rondo
kapelusza, by wylała się woda, i w przyjemnym poczuciu, że znam drogę,
maszeruję raźno przez młakę, półmetrowe jagodziny, rozpadliny i stromizny ku
baudzie. Nade mną po prawej z progu wiszącej doliny spada ze wzmożonym przez
ulewę łoskotem kilkudziesięciometrowa biała wstęga wodospadu; nad nią pnie się
na czterysta metrów ku sinoszarogranatowemu niebu czarna sylweta Putredula.
Deszcz powoli ustaje, w butach jakimś cudem mam wciąż sucho, kapelusz waży tyle
co hełm strażacki, mokre zamszowe portki kleją się do ciała, a dobry humor mnie
nie opuszcza. Instynktownie spoglądam w lewo i dostrzegam na równoległej grani,
nieco wyżej, postać schodzącego D. Wołam do niego, a on podnosi laskę na znak,
że mnie widzi. Jeszcze tylko jedna stroma łąka, jeszcze czyjś grobek z zatartym
napisem na kamieniu i żelaznym krzyżem z odłamanymi (przez śnieg i wiatr,
dumam) ramionami, ledwie rozpoznawalnym Zbawicielem i dwoma cherubinkami u
podstawy, jeszcze jedna rypa i oto jestem na stożkowatym wzniesieniu nad
bacówką, gdzie wzniesiono prosty krzyż z dwóch ociosanych bali. Zdejmuję
kapelusz, by okazać szacunek dla miejsca, gdzie pewnie okresowo odbywają się
msze – sceneria jest taka, że klękajcie kościoły – powtarzam w myślach mantrę,
zadzieram głowę, by raz jeszcze spojrzeć z tej perspektywy na władcę
doliny-Putredula i powolutku schodzę. Do farmy, cokolwiek już zdrożony po
siedmiu godzinach włóczęgi po wertepach i niepomny opartego na prawie
naturalnym savoir-vivre’u, zachodzę najkrótszą drogą, dosłownie od […] strony,
bo od wychodka i chlewika, i już chcę przestępować przez grząskawy strumyk
dzielący mnie od tej oazy, gdy zostaje mi przypomniane, że zapomniałem o psach.
Strumyk stanowi nieoznaczoną granicę i na jego drugim brzegu w mgnieniu oka
zjawiają się czworonożni jej strażnicy: największy, przywódca tutejszej sfory,
ze dwa mniejsze kudłacze i – na wypadek gdyby trzeba było rozognić sytuację –
jeden z kosmatych diablików. Ten ostatni, jako pozostający na samym końcu łańcucha
pokarmowego farmy (krowy – ludzie – świnie – duże psy – małe psy – najmniejsze
psy), musi pracować najpilniej, więc jazgocze zajadle, szczerząc śnieżnobiałe
ząbki ostre jak piły z Teksańskiej
masakry, co z kolei sprawia, że poddenerwowany duży zaczyna na mnie
powarkiwać. Sytuacja jest patowa i tragikomiczna. Czuję się jak nieudana wersja
Odyseusza, który źle knaguje wantę i nie dopływa jednak do wyspy gościnnych
Feaków, albo Cezara, któremu nie wychodzi rzut kostką nad Rubikonem, choć
przecież przybywam w pokoju. Najwyraźniej wyczuwa to młody – pocieszny może
roczniak w typie retrievera, od początku mi przyjazny – który nadbiega, nieco
spóźniony, bo to marzycielskie jeszcze szczenię, niby w trybie strzegącym, ale
merda ogonem i kiedy wyciągam, przykucnięty, rękę, podchodzi i łasi się.
Zdziwiony diablik milknie, duży szef przestaje powarkiwać, a ja przypominam
sobie, że przecież mam w mantelzaku prowiant. Wyciągam woreczek z karpacką
spyżą, którą zapakowaliśmy po śniadaniu – one już teraz lepiej wiedzą, co jest
w środku, ile kawałków słoninki, ile sera, ile chleba, ile ciasta, mają węch
dziesięć tysięcy razy czulszy od naszego – i zaczynam częstować, kierując się
oczywiście najpierw ku dużemu. Ten początkowo odrzuca tak jawną próbę
przekupstwa, ale kiedy młody, nie wykazując skrupułów, ochoczo pałaszuje kąsek,
on też raczy się poczęstować. Napięcie opada, moje perspektywy różowieją –
brakuje mi dziesięciu metrów na wprost do łóżka, stołu, ławki – skarmiam więc
wszystko, co mam – nie zapominając, rozumie się, o kosmatym czarcie – wstaję
ostrożnie z kucek, kłaniam się sforze, głaszczę młodego po łbie, jednocześnie
dziękując mu za ratunek i wzmacniając jako wybrańca jego pozycję w stadzie, po
czym wycofuję się rakiem i odszedłszy na bezpieczną odległość kilkudziesięciu
kroków, forsuję strumyk i wchodzę na teren farmy tak, jak pewnie powinienem był
to zrobić od razu, czyli od frontu, przez główną bramę. Teraz od razu wiadomo,
że jestem dwunogiem legalnym, a nie na przykład Martinem M’rosem, urodzonym pod
Brodnicą złodziejem bydła i rewolwerowcem, pod koniec XIX wieku zaplątanym na
amerykańsko-meksykańskim pograniczu w tragiczny czworokąt z piękną kurtyzaną
Beulah, adwokatem, rewolwerowcem, zabójcą i pokerzystą Johnem Wesleyem Hardinem
i wymiarem sprawiedliwości; na jego pogrzebie
w 1895 w El Paso było tylko tamtych dwoje, ja na razie jakoś uniknąłem
kostuchy, choć pod powiekami wciąż mam powidok obnażonych kiełków diablika. Witam
się z młodym, tym razem w okolicznościach przyjaznych, i siadam na ławce, by
odsapnąć po całodniowej peregrynacji. Jest wieczór, już po dojeniu, brzęczą
krowie dzwonki, pochrumkują wieprzki, bacowie siedzą dostojnie na niskiej
ławeczce w wąskim przesmyku między serowarnią, oborą i drewutnią, ćmią
papierosy i gawędzą przy dźwiękach bukowińskiego folku z tranzystora, nic a nic
nie przejmując się perypetiami, jakie przed chwilą przeżyłem, jeżeli w ogóle
cokolwiek o nich wiedzą. Opieka nad bezpieczeństwem turystów należy do
turystów, nie do baców. Prawo naturalne, głupcze!
Za niedługo będzie nam o tym przypomniane, tymczasem wraca
przemoknięty D. i szykujemy się na spoczynek, bo jutro rano wyruszamy w drogę
powrotną do kraju i musimy się porządnie wyspać. Gdy D. już poleguje, a ja
siedzę jeszcze na ławie przy korycie i chwytam ostatnie wieczorne widoki
Putredu, popijając serwatkę, przez główną bramę wtacza się sterany Nissan L200
i wysypuje się z niego trzech jegomościów i kobieta, cała czwórka o wyglądzie
jagodziarzy – gumiaki, dresy, cały bagażnik toreb. Wciąż jeszcze nie wiem, co
się święci. Przybyli znają się ewidentnie z bacami, więc zostawiam ich samym
sobie i kieruję się do sypialni w domku na palach nad krowim nigredo. Rozwieszam wilgotny
przyodziewek, moszczę się wygodnie w śpiworze, gawędzimy jeszcze z D. przed
snem, jest pięknie. Przysypiam już, gdy drzwi się otwierają i do środka
wkraczają jagodziarze. Wyskakuję w pantalonach, by zabrać suszące się rzeczy,
wymieniamy kilka słów – jeden, w średnim wieku, mówi po angielsku – wyjaśnia,
że przyjechali zbierać dla przyjemności i rodziny, niekoniecznie na sprzedaż, i
że pokręcą się kwadrans i idą spać. Tym uspokojony, kładę się, pozwalam opaść
powiekom i słyszę i czuję, jak tamci zamykają szeroko otwarte okno, rozpalają w
piecyku-kozie, odpalają cygarety i zaczynają rozprawiać. Spoglądamy po sobie
ukradkiem z D., ale niewiele możemy zrobić. Trochę się śmiejemy, trochę
przerażamy, jak na inteligencko wydelikaconych miłośników gór przystało.
Postanowiwszy zrobić najlepszy możliwy użytek z sytuacji, zamykam oczy i
zasypiam mimo gwaru, dymu i rosnącego gorąca. D. opowie mi rano, jak bohatersko
zebrał się w pewnej chwili na odwagę i otworzył drzwi, żeby osiągnąć choć lekki
przewiew; tamci odczekali uprzejmie dziesięć minut i zamknęli je z powrotem;
więcej, jak łatwo się domyślić, nie próbował. Rozhowor trwał ponoć dobre
półtorej godziny, ale mnie tulił w objęciach Putredul-opiekun i spałem dobrze.
15.
Wstaję rano i wyglądając przez
okno, w myślach piszę te słowa na kamieniu przy szemrzącym ujęciu wodnym
bacowni, całkiem jak pastor Schulze notujący wrażenia po noclegu w Michelsbaude
w 1802. Jest po piątej, Chudy z Andrejem wypędzają stado, dogląda tego
Kapelusik. Jagodziarze zniknęli, pewnikiem poszli w las. Siedzę na łóżku,
przecierając oczy, gdy drzwi się otwierają, staje w nich Kapelusik i robi
pojedynczy gest brodą w stronę gumna, wiaty, kuchni. Nie chcąc poddawać się bez
walki, układam twarz w znak zapytania, a on robi gest jedzenia i wypowiada
kilka słów po rumuńsku. Nie wiem, czy kiedyś odczuwałem podobną radość, że
zaproszono mnie na posiłek. A więc troszczył się on nas, teraz – dwa dni po
odjeździe gospodarzy – naprawdę mógł się już nami nie przejmować, przy tym nikt
nie wspominał o żadnych pieniądzach, byliśmy już w tym momencie tylko zbędnym
balastem, w najlepszym razie chwilową atrakcją, i to może niekoniecznie taką w
jego guście – parą kuglarzy, powiedzmy, zamiast porządnej ekwilibrystki na
trapezie – a jednak okazał nam tę troskę i uprzejmość, troskę iście ojcowską i uprzejmość
niewymuszoną, bo mógł przecież wysłać któregoś z młodych. Czuję, że szanuję go
jeszcze bardziej – jest osią, wokół której obraca się tutejszy mechanizm,
ogarnia czujnym spojrzeniem całość zachodzących spraw, spozierając milcząco
spod zielonego kapelusika i dyrygując codziennie odgrywaną tu symfonią z
dyskrecją Georgego Enescu, słynnego rumuńskiego kompozytora urodzonego niedaleko
stąd, w okręgu Botoszany.
Gdy schodzę na dół, kawa już na mnie czeka, a Kristi śmieje
się przez okno, gdy pantomimicznie wyrażam zdumienie. Śniadanie jest tak
pożywne i uroczo proste, jak tylko może być: zupa, maślanka, mamałyga,
papryczka. Zastanawiam się, czy cały globalny przemysł suplementów diety nie
powinien zostać zredukowany do Putredu.
Rozdajemy, co mamy – flaszka likieru karkonoskiego dla
Kapelusika, tabaka dla Dziadka, mapa dla Kristiego – a Dziadek, całkiem
nieoczekiwanie potwierdzając moje wcześniejsze rozważania teoretyczne, wyciąga
ze stojącej na ziemi drewnianej skrzynki gołębia i pokazuje go nam z bliska. –
Postal? – upewniam się, a on kiwa zadowolony głową. W Putredu zasięg telefonii
jest – albo go nie ma – w jednym jedynym miejscu na mostku przy dojarni,
telefonu drucianego oczywiście nie ma, najbliższym uzbrojonym miejscem jest
przełęcz Prislop, oddalona o kilka godzin drogi. A że życie niesie różne
niespodzianki, to – dedukowałem sobie – muszą tu mieć jakiś system niezależnej
komunikacji. No i jest, oparty – jakżeby inaczej – na prawie naturalnym.
Ujęty gestem Dziadka, robię sobie z nim pamiątkowe zdjęcie
na tle masywu Putredula, stajemy w przejściu między bacownią i drewutnią,
przytulam głowę do jego ramienia, a on obejmuje mnie mocniej i śmieje się.
Potem żegnamy się serdecznie ze wszystkimi. Nie chce się wierzyć, ale gdzieś
tam jest zewnętrzny świat, który nas wzywa. Czuję się jak pisklę, któremu
rodzice oznajmiają któregoś ranka, że pora wyfrunąć z gniazda. Cóż, trzeba
teraz zintegrować cały ten gigantyczny ładunek energii i miłości, który tu
dostaliśmy, i nie zamienić go tylko w raz skonsumowany luksusowy smakołyk, nie
przejść nad nim do porządku dziennego. Wzruszenie ściska nam gardło, gdy
zamykamy za sobą bramę, odprowadzani spojrzeniami młodzieży. Machamy jeszcze na
pożegnanie i ostatni raz obrzucamy wzrokiem miejsce, w którym spędziliśmy
ostatnie trzy dni. Zdaje się bić od niego oślepiająca jasność i wszystko jawi
się jak w micie, jakbyśmy byli w czasach herosów gdzieś w górach Peloponezu,
albo jak na czarno-białej fotografii z karkonoskiej baudy w XIX wieku:
nieruchomi górale-pasterze z batami niczym uosobienie Herkulesa z maczugą,
zwierzęta jak z dwunastu prac, ogrom gór wokoło. Po raz kolejny nachodzi mnie
refleksja, że szczęśliwszych istot nigdy dotąd nie spotkałem.
Opuszczamy krainę wolności, gdzie żywot surowy i prosty, ale
swobodny wiodą ludzie i czworonogi, połączeni w samowystarczalny organizm w
otoczeniu dziewiczej, dzikiej przyrody. „Spotkałem szczęśliwych Rumunów” –
mógłbym sparafrazować Ficowskiego, ale znowu tylko spłaszczałbym to, co
wielowymiarowe.
Wspominam słowa Josefa Karla Eduarda Hosera, który w 1841
roku tak opisywał Karkonosze: „Nadzwyczaj troskliwa opieka, jaką otacza się
tutaj bydło, stanowi interesujący przedmiot obserwacji dla podrożującego
ekonomisty. Jeżeli generalnie da się powiedzieć, że między ludźmi i zwierzętami
panuje rodzaj przyjaźni, to w przypadku mieszkańcow Sudetow i ich bydła
stosunek ten zachodzi w najwyższym stopniu, jak czasem widzi się to w Szwajcarii.
(…) Pośrednio i bezpośrednio krowa zaspokaja najważniejsze potrzeby człowieka,
a on poświęca jej więcej uwagi niż własnym dzieciom i niestrudzenie dba o jej
dobrobyt. Na przemian opiekują się nią dorośli i rozpieszczają ją dzieci; jak
powiada Bonstetten, o obowiązkach człowieczych uczy się pasterz od swego bydła.
(…) Gdy wieczorem bydło wraca z pastwiska do obory, każda sztuka jest starannie
myta (sama obora została ochędożona już rano), podłoga zmywana jest wodą i
szorowana, a pomieszczenie wietrzone. Krowy znają swoje miejsca (…) i po kilku
minutach panuje porządek. Nareszcie nadchodzi pora wieczornego karmienia i z
dużych wiader leje się do koryt sparzona wodą (…) mieszanka pokrojonej rzepy,
kartofli, liści i łodyg zielnych z dodatkiem otrąb lub mąki i soli (…). Podobna
wieczorna pasza podawana jest kozom, a jałowki dostają serwatkę do picia.
Przytłumiony dźwięk dużych dzwonkow krowich miesza się z dzwonieniem małych
dzwoneczkow kozich, tworząc jedyną w swoim rodzaju muzykę, kołyszącą wędrowca,
którego bauda przyjęła pod swoj dach, do słodkiego snu pełnego arkadyjskich
marzeń”.
„Nigdzie człowiekowi nie jest
tak dobrze i nigdzie myśl nie czuje się tak swobodnie jak w wysokich górach” – ujął
rzecz zwięźle Adolph Traugott von Gersdorf w 1789.
Myśląc o tym, co kto zachował i stracił, o tym, że archetyp
jest wieczny, a zmieniają się tylko egregory, o tym, czym jest szczęście, dobre
życie i rozwój, o butli maślanki w plecaku, o stadzie kruków nad płaskowyżem, o
otwartości serc i gościnności, o tym, czy da się wejść dwa razy do tej samej
rzeki, o zimach spędzonych w Ropkach i Nowicy, o Karpatach jako świecie
nieodczarowanym, o swojskości Europy Środkowej, o totalnym doświadczeniu natury
i siebie, o tym wszystkim i z pewnością o wielu innych rzeczach – Putreda z
łoskotem spada po głazach, w głowie kaskada obrazów i skojarzeń – pakuję się
chcąc nie chcąc do auta, bo kiedyś wreszcie trzeba, a wiadomo – jak mus, to mus.
Żeby w kosmosie była równowaga, w dół kieruje D.
16.
Film zaczyna się cofać, bo
wracamy tą samą drogą, ale teraz na wszystko patrzymy już inaczej. Wynurzamy
się z jądra jasności, z głębin wodospadów, z wnętrza skał, z krowich kości
leżących tu i ówdzie wysoko na stokach, z siwych turni i głazów, z połonin i
grzbietów nieskończonych, z limfatycznego obiegu mleka i maślanki, z tęczowo
mieniącego się oczka pocztowego gołębia w garści Dziadka, z uwalanego serwatką
ryja czarnego wieprzka z krótkim ogonkiem, słowem, z rzeczywistości
alchemicznej, na powrót w świat dolny, zewnętrzny, święty inaczej.
Jeszcze nie zaczął się niemal
fizycznie bolesny proces zapominania, bezlitosne blaknięcie wspomnień, ale już
wiem, że muszę intensywnie pamiętać, utrzymywać to w umyśle, wszystko po kolei
od początku do końca, bo za chwilę tsunami bodźców zacznie zalewać tę garść
źródlanej wody, którą zdołałem przyłożyć do ust.
Droga jest równie pionowa jak
wtedy, ale już mniej przerażająca, a całe otoczenie jawi się w blasku poranka
jakby swojsko, bo mamy już jaką taką orientację w przestrzeni, wiemy, że gdzieś
po prawej musi być droga do domu Dimitru, a w lewo do Zanoagi II, że Putreda,
przyjąwszy dopływy Putred, Toloaca, Zanoaga i Ursului („Niedźwiadnik” - !),
wpadnie zaraz do Złotej Bystrzycy, że gdzieś po lewej piętrzy się Gargalau, po
prawej Tomnatecul, a z tyłu odprowadza nas uważnym spojrzeniem majestatyczny Putredul.
Stopniowo trakt się wypłaszcza, mijamy obozowisko Romów – teraz wiemy już, że
sezonowe – i wzdłuż strumienia dojeżdżamy do głównej szosy. W prawo do
Karlibaby, Suczawy i Mołdawii, w lewo na Prislup, do Borsy, Marmaroszu, Czech i
domu.
W styczniu 1915 roku, przy
mrozach sięgających 30 stopni, przez dwumetrowe zaspy, brnęli tędy walczący po
stronie Austro-Węgier żołnierze wschodniej grupy Legionów Polskich: 90
oficerów, 1980 żołnierzy liniowych, 150 ułanów, przy nich cztery działa i trzy ciężkie
karabiny maszynowe. Grupą, pozostającą pod komendą generała Karola
Trzaski-Durskiego, dowodził faktycznie generał Zygmunt Zieliński, na szpicy
szedł I batalion majora Mariana Józefa Żegoty-Januszaitisa. Naprzeciw nich, w
Karlibabie, kilka kilometrów dalej, pod komendą generała Lucjana Żeligowskiego,
ówcześnie pułkownika armii carskiej, zaległy siły Rosjan: dwa pułki
piechoty, dywizjon artylerii i dwie
sotnie Kozaków, dysponujące 16 działami i 16 cekaemami. Nieprzyjacielskie
zgrupowania, oba dowodzone przez Polaków, zetrą się 19 stycznia na tysiąctrzystumetrowym
„wzgórzu” nr 1276, nad przysiółkiem Fluritica, w ekstremalnych warunkach, w
bitwie o której pamięta dzisiaj niewielu. O tym wszystkim jednak będę myślał
następnym razem, teraz skupiam się na oglądaniu wstecznego filmu: przełęcz
Prislop, gdzie po raz drugi żegnamy się z gospodarzami przyjaznej cabany, Borşa, gdzie w czyściutkim
wiejskim sklepiku kupujemy ze lśniącej lady miejscowe salami i paprykową
kiełbasę, niegdyś, jak zobaczę później na mapie z 1910 roku, stanowiąca teren
zwartego osadnictwa niemieckiego (między innymi drwali, szklarzy i górników, co
brzmi jakby znajomo), Moisei, dawniej w przeważającej części żydowskie, kolejne
wsie i miasteczka na trasie do Syhotu – jest niedziela i wszędzie widzimy tłumy
kobiet w strojach ludowych zdążające na nabożeństwo – Syhot, gdzie na festynie
sprawiam sobie wreszcie słomkowy kapelusz taki, jak chciałem, z podwiniętym po
kowbojsku rondem, młyn, gdzie jadłem pierwszą w życiu karpacką mamałygę, Certeze
z pałacem może romskiego króla (przypominam tu sobie nieistniejący przysiółek
Czertyżne nad Ropkami), Negreşti, Livada, graniczne Satu Mare, polskie „do
widzenia” od celniczki na pożegnanie – i oto kończy się kraj dumnych potomków
Daków i zaczyna Hungaria.
Teren płaszczeje i stopniowo
unijnieje, pojawiają się okrągłe baloty na polach, ten bękart Wspólnej Polityki
Rolnej, na poboczach rolnicy nie sprzedają już warzyw, a tylko arbuzy
(„węgierskie”, jak dodają na tekturowych billboardach), podgórskie miasteczka
ustępują niskim, biednie wyglądającym wsiom, a łacina przestaje pomagać. — Dzisiaj
wydaje nam się naturalne, że Węgry nie mają gór, ale przecież nie zawsze tak
było. Później poczytam o traktacie z Trianon z 1920 roku, w wyniku którego nowe
Królestwo Węgier, spadkobierca tysiącletniego bytu państwowego, straciło dostęp
do morza, dwie trzecie ludności i 70 procent terytorium, między innymi
Siedmiogród oraz części Marmaroszu i innych krain na rzecz Rumunii, poczytam
też internetowe komentarze, gdzie Węgrzy (lub węgropodobne boty) śmieją się z
tego, że rumuński to język romański, a Rumuni przypominają im, że Węgrzy to
Hunowie z Mongolii; miesza w tym gulaszu oczywiście wielki brat ze wschodu. Tymczasem
jednak, zostawiając po prawej Góry Zemplińskie, czyli Tokajskie, tniemy na
północ, na Koszyce, i wjeżdżamy do Słowacji, czyli na dawne Górne Węgry. Tu
znowu mają gaz na stacjach, a nawet tytuń i bibułki z filtrami. W Preszowie
odbijamy w lewo i na znanym nam odpoczywadle
w Spiskim Podgrodziu – ze wspaniałym widokiem na historyczne miasto i Tatry w
tle – robimy pierwszy postój. Na lewo od poszarpanego konturu tych ostatnich,
większy od niego, wisi na ciemniejącym niebie złowieszczo czarny grzyb,
rozświetlany od środka przez błyskawice. – Patrz – mówię do D. – tam właśnie
jedziemy.
Wkrótce zaczyna padać, mijamy
Levočę, Poprad, Liptowski Mikulasz, Tatry ledwie widoczne w gęstniejącym mroku
– samotne światełko pod Małą Kopą 1637 m – deszcz przybiera na sile,
wycieraczki pracują na trzecim biegu, z trudem zbierając z szyby strugi wody, a
żeby było jeszcze weselej, to za Žiliną nawigacja biesi się (albo anieleje) i
kieruje mnie w prawo, na północ, na Wołoskie Międzyrzecze, przez Javorniki – półtorej
godziny podjazdu serpentynami we mgle i ulewie, przez Makov, Makovsky Przesmyk
(800 m, po lewej mijamy wieś o wdzięcznej nazwie Dupačka), na granicę w
Bumbalce, i stamtąd w dół przez puste, uśpione Czechy. Jest pewnie druga, kiedy
D. przejmuje stery. Kładę się na legowisku na tyle auta i drzemię. W oknie
kołysze się woreczek z serem i papryczką z Putredu. Jeszcze słyszę dźwięk
krowich dzwonków i pamiętam smak mamałygi, ale już nad wszystkim zaczyna
roztaczać się mgła zapomnienia. Budzę się w Gierczynie, zdziwiony, że to już.
Szaro brzeszczy dzień, pada ten sam deszcz, przez który jechaliśmy. Zastanawiam
się, co by było, gdybyśmy nie wyjechali przed nim, i w co mógł tymczasem zamienić
pionową „gute sztrase”. Wyobrażam sobie wysoką dolinę i farmę jako arkę Noego
podczas wielkiego potopu – Dziadek jako Noe, przy nim pomocnicy i „wszelkie gatunki
zwierząt, bydła, zwierzątek naziemnych i wszelkiego ptactwa skrzydlatego”, w dole odmęty, z których
wystają szczyty gór. Dziadek wypuszcza w powietrze kruka, a potem gołębicę, która
wraca z gałązką jagodziny, na niebie uczynia się tęcza i powstaje wieczne
przymierze pomiędzy wszystkimi istotami.
Ucinam te rojenia, ściskamy się
z D., pociągam z plastikowej butli łyk maślanki i grzeję przez Przecznicę,
Proszową i Kwieciszowice do domu. Po tym, co przeżyliśmy, Izery wydają się małe
i ciasne, budzi się dżdżysty poniedziałek, mijają mnie pierwsze busy z
budowlańcami, mógłbym popaść w melancholię, ale biorę się w garść i przypominam
sobie, że po nigredo i albedo musi przyjść czas na rubedo. No a jak mus – to
mus.
Chromiec, sierpień 2024
Komentarze
Prześlij komentarz