Jądro jasności (Rumunia 2024)

 

 

  

Mars Wawrzyn

JĄDRO JASNOŚCI



PROLOG

Był rok 1991 czy 1992 i jechaliśmy z warszawskim Teatrem Ruchu AKT zielonym Volkswagenem busem „dwójką” do Grecji, chodzić na szczudłach. Na granicy rumuńskiej, w Oradei, celnik kazał sobie pokazać bagażnik, uśmiał się albo zdumiał na widok skrzyń z kostiumami i poskładanych szczudeł i przeszedł na przód. Zajrzał do środka, kazał sobie podać leżącą na desce rozdzielczej kasetę magnetofonową i trzymając ją, sprawdził nasze dokumenty. Kiedy byliśmy już pewni, że ją sobie zachowa – potwierdzając nasze stereotypy na temat „dzikiej” Rumunii – zwrócił ją siedzącemu za kierownicą Tomkowi. Kaseta była Guns’n’Roses „Appetite for Destruction” i na okładce nie było tytułów utworów. – Welcome to the jungle – powiedział, mrugnął okiem i dał znak, by jechać.


 

 

 

 

 

 

 

 

 




JĄDRO JASNOŚCI

 

1.

Jest 14 sierpnia 2024 roku, wieczór, jestem prawie (!) spakowany, siedemnastoletni srebrny zgazowany Subaru Forester automat w czarnej skórze stoi gotowy, po treningu miałem się jeszcze zdrzemnąć, ale zbyt jestem podekscytowany perspektywą podróży. Za kwadrans dwunasta ruszam do Gierczyna po D. Dostajemy błogosławieństwo od L., prowiant na drogę, mocujemy pasami koło zapasowe na dachu i przyklejamy do szyby kartkę: „Góry Izerskie/Jizera Mountains, PL >> Muntii Rodnei/Rodna Mountains, RO”. Sprawdzamy, czy mamy wszystko: kasa, dokumenty, mapy, śpiwór, karimata, buty, ciuchy, kapelusz, laska, fajka, zapalniczka, wykałaczka, krem, plaster, dary (chleb, dżem, trunki). Wszystko po bokach, bo na środku gąbka-legowisko; jedziemy non-stop, przez Czechy, Słowację i Węgry, 1100 kilometrów i 16 godzin według googla, więc liczymy z przystankami 18-20 i kiedy jeden pada, drugi przejmuje kierownik, a tamten wypoczywa na leżąco, kołysany pancernym zawieszeniem Subaraka. O pół do pierwszej jesteśmy w Jakuszycach, kupujemy czeską winietkę – tu zauważam, że kart kredytowych nie wziąłem, a debetowe na to nie działają, więc D. – z jego telefono- i aplikacjofobią – musi dokonać serii operacji drobnym druczkiem – ściskamy się i ruszamy.

Teraz, kiedy o tym, myślę, widzę, że wszystko było już wyraźnie napisane w jakiejś księdze gdzieś tam wysoko czy daleko, że z całego chaosu, z którego się wydobywaliśmy, i przez który podążaliśmy, wiodła prosta jak strzała – chociaż niebywale pokręcona, bo jechaliśmy w Karpaty – linia do jednego konkretnego punktu, żeby mogło zdarzyć się to, co miało się zdarzyć. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze nic – mieliśmy tylko nazwę miejsca, pinezkę na mapie i siedem opinii z googla. Tydzień czy dwa wcześniej powstał pomysł wyjazdu i znalazłem miejsce, błąkając się myszką po mapie. Karpaty są ogromne. W tym ogromie zogniskowałem na Rumunię, bo taki był plan. Potem na północną Rumunię, bo D. wspomniał, że słyszał od kolegi o urokach Maramureszu. Potem na najpółnocniejszą, bo najbliżej i pewnie najpuściej z uwagi na granicę z Ukrainą. Jakimś trafem nakierowałem się na biegnącą równolegle do granicy trasę, prowadzącą z granicy w Satu Mare przez Syhot Marmaroski do uzdrowiska Borşa i dalej na przełęcz Prislop (1413 metrów n.p.m). Przybliżałem i przybliżałem, błąkałem się i błąkałem po okolicy, aż – po niekrótkiej (siedem opinii!) chwili – pojawił się punkt i nazwa: Sheep Farm Stana Popas Putredu Moara, 1614 m n.p.m. Tego potrzebowaliśmy, nawet jeżeli w najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się tego, co mieliśmy tam zastać i dostać. Ale decyzja zapadła tam i wtedy – i ten punkt – samotna bacownia w samotnej dolinie w ogromie Karpat, Karpat Wschodnich, Wewnętrznych Karpat Wschodnich i przepastnych Gór Rodniańskich – był naszym celem od początku podróży.

 

2.

Wydostajemy się krętymi drogami, najpierw wzdłuż „domowej” Izery, z czeskich gór, mijamy Hradec Kralove, Ołomuniec i Ostrawę, o świcie ocieramy się o Tatry i dzień zastaje nas gdzieś w Wielkiej Fatrze, między Żyliną i Rużomberkiem, gdzie zatrzymujemy się w przydrożnym motelu. Młoda kelnerka krząta się przy stołach. – Czy dostaniemy może kawę? – Pracujemy od dziesiątej (była dziewiąta), ale dostaniecie. – Uśmiech. – A czy może jest szansa na śniadanie? – Oczywiście. – Jakieś konkretne czy można wybrać? – Wszystko, co w karcie (z lekkim zdziwieniem, że pytamy). – Frytki też? – Też. – Pijemy kawę, wciągamy po omlecie z bryndzą, dopychamy pajdami białego chleba (innego już nie spotkamy), przemagam połowę fury frytek, druga kawa, cola, dymy – i toczymy się dalej.

 

3.

Zagłębiamy się w środkowoeuropejski interior, ginie wspomnienie upstrzonej billboardami domowiny, góry potężnieją, zamki mnożą się i ogromnieją, obyczaje łagodnieją, słońce grzeje już inaczej, czuje się oddech Południa, Niziny Panońskiej, Bałkanów, Adriatyku i Morza Czarnego – wszystko jeszcze odległe, ale już jakby w zasięgu. Droga wije się pod skałami wzdłuż szerokiego Wagu – rdzenia kręgowego Słowacji. W Preszowie tniemy w prawo na Koszyce i nim się zdążymy poznać, jesteśmy u Madziarów. Tu wciąż pachnie globalnym kapitalizmem – jego dobitnym symbolem jest gigantyczna fabryka napoju energetycznego HELL, z wielką figurą czerwonego diabła na froncie – ale jedziemy przez daleką prowincję, samym północnym skrajem Węgier, tu jeszcze nie Miszkolc i Debreczyn, o metropoliach nie wspominając; skala nie jest rozbuchana, wernakularna architektura skromna i ujednolicona, na poboczach siedzą rolnicy z arbuzami, a im bliżej Rumunii, tym więcej widzi się Romów, głównie krążących na rowerach półnagich chłopaków, którzy takich naiwniaków jak my pożarliby żywcem w pięć minut. Ale my to wiemy i zatrzymujemy się dopiero na granicy. Tu z kolei budzą się wspomnienia poprzedniej epoki: dawny cesarski budynek celny, przy nim przeszklone wielkie dawne hangary straży granicznej, szlaban, budki, strażnicy, kamery, kontrola. Gdzie Schengen? Czy to z powodu najazdu Rosji na Ukrainę? Zwarta kolejka aut wlecze się dwoma rzędami – „EU” i „non-EU” – czarnowłosi mężczyźni palą nerwowo papierosy, zmęczone Ople i Volkswageny niemalże ocierają się intymnie o lśniące merce i beemki na zachodnich blachach, napięcie rośnie, upał się wzmaga, my w najlepsze udajemy, że nie mamy przy sobie nic. Sama kontrola trwa półtorej minuty i na koniec dostajemy jeszcze uśmiech i „dobry wieczór” po polsku. Wtaczamy się powoli w nieznany nam obu teren, w naszą środkowoeuropejską terra incognitę, ogarniając wzrokiem przygraniczny rozgardiasz. D. wchodzi zapytać o coś na benzynową stację, ale – jak mi relacjonuje – sprzedawcy, czymś zajęci, każą mu spadać. Jest w lekkim szoku, ale dwa razy powtarzać nam nie trzeba. Robimy sobie pamiątkową fotkę pod tablicą z napisem „Romania” i pryskamy.

 

4.

Jest późne popołudnie. Zostawiamy przygraniczne Satu Mare po prawej i suniemy na północny-wschód, trasą na Syhot Marmaroski. Zaczynamy zauważać specyficzności kraju. Po pierwsze, nikt tu nie przejmuje się ograniczeniami prędkości – jedziemy przepisowe 50, czyli 60 km/h, a mijają nas kolejne rozpędzone wozy. W którejś z miejscowości zauważam radiowóz na poboczu i gwałtownie hamuję; dwaj policjanci, roześmiani i pogrążeni w rozmowie, spoglądają na nas z niejakim zdziwieniem i kontynuują przerwany dyskurs. Żartujemy sobie o „rumuńskim przeliczniku” – razy dwa, a jak mus, to razy trzy. Bo jak mus – to mus, wiadomo. Po drugie, wioski i miasteczka żyją, mimo że już zmierzcha. Na ławeczkach przy drodze – niczym na trasie z Białegostoku do Augustowa – siedzą starzy: babcie, dziadkowie, starzy kawalerowie, emeryci, ale i młodzi: kobiety z dziećmi, nastolatkowie. Nie piją, raczej rozmawiają, albo zwyczajnie siedzą, żeby zaznaczyć swą obecność w przestrzeni publicznej, pokazać, że są częścią społeczności. Widzimy przy drodze coraz więcej oświetlonych knajpek, pizzerii i barków. Satu Mare, Livada, Negreşti-Oaş. Architektura pozostaje skromna i jednolita – czerwona dachówka, jednorodzinne domy – aż wjeżdżamy do miejscowości Certeze. Tu od razu widać różnicę: jedna za drugą ciągną się dwu- i trzypiętrowe wille o nowoczesnych, przeszkolonych fasadach, dobudowane do stojących nieco w głębi zwyczajnych wiejskich domów. Wiele ma zaokrąglone łukowato dachy, większość wygląda na puste. Kulminacją jest ogromna willa w samym centrum miejscowości, z fasadą wypełnioną kunsztownie wykonanymi w piaskowcu rzeźbami i płaskorzeźbami o tematyce klasycznej; wygląda to na włoską robotę. Wpadamy w jeszcze większe osłupienie, gdy zajeżdżamy pod sklep i restauracyjkę. Oto wokół roi się od najnowszych Mercedesów, BMW i Audi na włoskich, belgijskich, austriackich numerach – wszystkie wypasione do granic możliwości, obłędne kolory, topowe wersje – a za kierownicą siedzą dwudziestolatkowie o swojskim tu wyglądzie. Podobnie wygląda to w całym mieście – na każdym skrzyżowaniu mija się więcej lususowych fur, niż jest w niejednym polskim powiecie. Nie daję się nabrać na fantazje o ciężko pracujących emigrantach i oczami wyobraźni widzę niekoniecznie śnieżnobiały rynek handlu luksusowymi samochodami opanowany przez chłopaków z Certezy, zyski inwestowane w puste wille – i rytualną paradę sukcesu w najważniejszy weekend lata. — Mija dwudziesta godzina podróży i w górach przed Syhotem stajemy rozprostować kości i coś przekąsić w przydrożnym lokaliku w miejscu po dawnym młynie. Będzie to nasz pierwszy posiłek w Rumunii i jako że trochę pozujemy na starych wygów, a trochę nimi naprawdę jesteśmy i z niejednego pieca – dosłownie i w przenośni – kapuśniak na świńskim ryju fasowaliśmy, a przy tym lubimy demonstrować sobie nawzajem własną spostrzegawczość i umiejętność logicznego rozumowania, to nadstawiamy czułki i próbujemy wybadać, gdzie trafiliśmy i czego mamy się spodziewać. Po spróchniałym ogromnym kole spływa woda – tu zaczynamy rozumieć, że w Karpatach jest ona wszędzie – w witrynie wiszą kolorowe reklamy potraw, dwa stoły opierają się grawitacji przed wejściem flankowanym przez dwa postumenty z czarnego błyszczącego granitu w typie cmentarnym (jak głosi informacja w witrynie, właściciele prowadzą też zakład kamieniarsko-nagrobkowy), drzwi są otwarte, ale w środku jest pusto. Pukam do oświetlonych drzwi w głębi, ale nikt nie odpowiada. Po chwili wyłania się właścicielka i zasadniczo na migi zamawiamy strawę: D. wybiera zupę ciorba de burtã, nie wiedząc, co to znaczy, ja mamałygę, bo przynajmniej znam to słowo. Dostajemy kawę – regularny zestaw z cukrem, ciastkiem i osobną śmietanką – kurzymy i jesteśmy szczęśliwi. Powoli zapada zmrok, stromizną w obie strony śmigają auta, oczywiście z prędkością wedle przelicznika. Mija może kwadrans i oto D. siorbie swoją ciorbę – która okazuje się flakami – a ja mierzę się (i przegrywam) z grubą na trzy palce porcją mamałygi z bryndzą i skwarkami. Jedno i drugie smakuje bardzo zacnie. Jest już ciemno, gdy żegnamy się z sympatyczną właścicielką (głównie za pomocą słowa multumesc, czyli „dziękuję”, jedynego, jakie znamy) i ruszamy dalej; przed nami jeszcze trzy godziny drogi.

Syhot zaskakuje nas blaskiem, a jednocześnie czujemy, że wjechaliśmy do świata, w którym rządzi jeszcze „prawo naturalne”: jest gorąco, lato, wieczór, na wielkim długim placu-rynku siedzą i przechadzają się ludzie, dziesiątki lokali kuszą kolorowymi neonami, toczy się życie, miasto oddycha. Nikt tu zdaje się nie kryć w otchłaniach mieszkań i ekranów i nasuwają mi się refleksje o tym, co straciliśmy, i co w zamian zyskaliśmy, i czy jedno było warte drugiego, i na czym właściwie polega jakość życia. Rumunia w porównaniu z naszą krainą zdaje się stać jeszcze o epokę wcześniej – a może raczej o epokę później, bo mają kapitalizm i wolny rynek, ale nie turboglobalizm, korporacyjną pogoń szczurów, drenaż lokalnych mózgów i więzi pseudospołeczne zbudowane na serialach i reklamach. Jeszcze nie do końca wiemy, o co tu chodzi, ale już nam się podoba.

Pierwszymi szlakami podróżnymi w Europie były rzeki i przy nich – a zwłaszcza u ich zbiegu – sytuują się zwykle miasta. Właściwie to trudno wskazać duże europejskie miasto, które nie byłoby położone nad rzeką, a kiedy prześledzimy bieg Wisły, Dunaju, Renu, Loary, Łaby, Bugu, to zobaczymy znaczny kawał historii kontynentu. Nie inaczej umościł się Syhot, wyrastając w miejscu, gdzie Iza, wmocniona z prawej strony przez Ronişoarę, a z lewej przez Marę, wpada do Cisy, tysiąckilometrowej rzeki łączącej Zakarpacie z Serbią, gdzie między Novym Sadem i Belgradem uchodzi do Dunaju. Jeżeli rzeki niosą energię – a nie trzeba szczególnie wysilać wyobraźni, by zobaczyć w nich krwioobieg organizmu planety – to Syhot musi być ich wdzięcznym odbiorcą; urodzili się tu między innymi słynny cadyl Joel Teitelbaum, ocalony z Holokaustu; Hédi Fried z d. Szmuk, która przeżyła Auschwitz i Bergen-Belsen; Elie Wiesel, który przeżył Auschwitz i Buchenwald; szef izraelskiego wywiadu generał Amos Manor; słynny węgierski malarz pochodzenia ormiańskiego Simon Hollósy; pisarz Alexandru Ivasiuc.

My tymczasem prujemy przez noc wzdłuż granicznej Cisy – na drugim brzegu już Ukraina – potem wzdłuż Ronişoary na Ronę de Jos i Ronę de Sus i wzdłuż Vişeu (Wisły?!) na Ruscovą (od Rusinów?), na Vişeu de Sus, Moisei (Mojsieje?) i wreszcie Borşę. Tu znowu przeżywamy olśnienie jak w Syhocie – długo rozciągnięta wieś (potem okaże się, że to miasto i ma blisko 30 tysięcy mieszkańców) składa się – z perspektywy jezdnego traktu – z samych niewielkich domów jednorodzinnych i piętrowych pensjonatów, a w co drugim neon zaprasza na rozkosze żołądka, podniebienia i wypoczynku. Po dwudziestu trzech godzinach podróży patrzymy na to trochę jak zaczarowani. Jeszcze kwadrans serpentynami pod górę i jesteśmy na przełęczy Prislop, 1413 metrów nad poziomem morza. Cel na dzisiaj został osiągnięty, jutro ostatni skok. Na pustej, rozległej przełęczy wita nas mimo późnej pory właścicielka chaty „Cabana Alpina”. I o niej i o chacie można przeczytać same dobre rzeczy w polskim internecie, między innymi dlatego tu jesteśmy. Wszystkie sprawdzą się co do joty, a pani Marlena jest tak sympatyczna, że czujemy się ujęci. Dogadujemy się błyskawicznie po angielsku i polsku, dostajemy pokój, szybki prysznic, chwilę zajmuje nam zejście z piątego biegu, po czym osuwamy się miękko w objęcia Morfeusza, każdy na własnym, w tych warunkach iście królewskim łożu.

 

5.

Ranek na przełęczy Prislop wita nas dzwonieniem dzwonów. Naprzeciwko cabany stoi niedawno chyba zbudowana cerkiew, a że jest 15 sierpnia – święto Zaśnięcia Bogurodzicy – to zdążają już do niej wierni i panuje uroczysta atmosfera. Śniadamy na powietrzu, po raz pierwszy rozglądamy się po okolicy i powoli dociera do nas, gdzie trafiliśmy. Rozległą przełęcz ze wszystkich stron otaczają wysokie góry, których grzbiety i doliny zdają się ciągnąć rzędami w nieskończoność. Jak okiem sięgnąć, poza jednym czerwonym dachem schroniska na północnym wschodzie nie widać żadnych osad ludzkich. Góry są strome, doliny przepastne, szare skalne turnie pną się ku firmanentowi. Udziela nam się ogrom przestrzeni, jakby wielka powietrzna bańka unosiła nas nad ziemię, ku niebu większemu, niż kiedykolwiek widziałem. Biją dzwony, świeci słońce, jesteśmy na 1413 metrach n.p.m. i rozmawiamy z panią Marleną o górach i polskich śladach w okolicy. Dowiadujemy się, że do najdalej na południe wysuniętego krańca II Rzeczypospolitej (słupek graniczny nr 56, między rumuńską Jupanią 1853 m i ukraińską Hnatasią 1766 m) jest stąd zaledwie osiemnaście kilometrów. Że wciąż wspominają tu tragicznie zmarłego młodego krakowskiego naukowca i wybitnego znawcę Gór Rodniańskich, Radosława Kostuja; na ścianie chaty wisi poświęcona mu tablica. Że zdecydowanie bardziej zagospodarowane turystycznie i liczniej odwiedzane – zwłaszcza przez podróżnych z Polski, Czech i Węgier – są położone na północ od przełęczy Góry Marmaroskie. I że właściwie po co zmierzamy do Putredu, skoro w pobliżu są i wyciąg, i jezioro, i wodospad, i szlaki, i schroniska – a tam „nic przecież nie ma”. Następuje lekkie zafalowanie energii, D. jakby się wahał, to jeden z tych momentów, kiedy czuję, że muszę przejąć inicjatywę, opanować sytuację, skupić się na celu, bo inaczej grozi nam popadnięcie w dylematy i wątpliwości. Mówię to na głos, ale słowa pani Marleny o tym, że „tam nic nie ma”, zdaje się przekonały już D., że niczego lepszego nie trzeba szukać. Wpisujemy się do ksiąg pamiątkowych (schroniska i na cześć Radosława Kostuja), a gdy wręczam w darze Śląską książkę kucharską, Liviu, syn pani Marleny, który stoi za barem, daje mi pierwszą lekcję prawa naturalnego, rumuńskiej otwartości i schroniskowo-górskiego etosu. – Weź tę książkę – mówi – i własnoręcznie postaw ją na bibliotecznym regale, tam przy ścianie – wskazuje ręką – bo to nie jest prezent dla mnie, ani dla mojej mamy, ale dla cabany.

         Potem usłyszymy opowieść o tym, jak mama kupiła antenę satelitarną, kiedy Liviu miał dwa lata, żeby uczyć go języków. Dzisiaj mówi po angielsku, niemiecku, włosku, pewnie też w innych językach. Porusza się nieco dziwnie, co wyjaśnia się, gdy pani Marlena opowiada, jak Liviu uległ wypadkowi i przeleżał pięćdziesiąt pięć dni w śpiączce. – Nie miałam nic – wspomina – domu, bo mieszkałam w szpitalu, pracy, pieniędzy… - Ale miałaś mnie – mówi on na to i patrzy na nią, a nas ściska w gardle.

Żegnamy się, przebieramy w stroje bojowe i jeszcze chwilę chłoniemy atmosferę przełęczy. Zboczem przechodzi pasterz ze stadem krów, dzwonią dzwonki, biją dzwony, słońce nieubłaganie podnosi się wyżej, odziane na ludowo starsze kobiety zmierzają do cerkwi, dziadek w kapeluszu przysiadł na kamieniu na skraju przełęczy, by samotnie zakurzyć. Przy drodze rozstawiają się sprzedawcy miodów i palinki. Hilux stojący za sąsiednim budynkiem jest podwyższony na tyle, że można by pod nim od biedy biwakować, a opony mają taki bieżnik, że nieledwie zmieściłaby się w nich studukatówka Zygmunta III Wazy. Spoglądam jakby pytająco na naszego Forestera – dzielnego leśnika, choć raczej wzmocnione kombi niż realną terenówkę – ale jeszcze nie wiemy, co nas czeka.


 

 

 

 

 

 

 

 

 




6.

Zjadamy po dwa ciasteczka na dobry rozruch i spuszczamy się serpentynami z przełęczy w dolinę Złotej Bystrzycy. Czy to przypadek, że jedziemy znad złotonośnej Izery, a Bystrzyca – jak przeczytam później w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego – nazywa się Bystrzycą „od wartkiego prądu”, a Złotą „od przemywalni złota eksploatowanych niegdyś nad jej brzegami przez Cyganów”? Oważ „wypływa z Alp Rodnajskich w Siedmiogrodzie i pod ujściem Cybawy wkracza w granice Bukowiny”. O tym, że nie od parady nazywa się te góry Alpami, przekonamy się już wkrótce. Na razie suniemy wzdłuż rzeki, szukając drogi w prawo.

Od momentu kiedy w nią skręcamy, rzeczywistość zaczyna się transformować jak na grzybowym tripie. Pierwszym znakiem, że oddalamy się od znanego nam świata, jest drogowskaz do Putredu – skryta pod gałęziami świerka poszarzała deska z ledwie widocznym napisem. Prawo naturalne – kto ma znaleźć, to znajdzie. Toczymy się powoli kamienistą drogą łagodnie w górę strumienia, na polance mijamy kilka namiotów, zaparkowane SUVy o wyglądzie „turystycznym”. Ale już kawałek wyżej widzimy tylko podrdzewiałe importy z trzeciej ręki – zapewne grzybiarze albo jagodziarze. Droga nieco stromieje i nagle wyjeżdżamy na dużą polanę nad strumieniem, na której rozłożyło się sporo obozowisko Romów. Jesteśmy jakieś 1300 m n.p.m., a tu stoi kilkadziesiąt krytych folią i gałęziami szałasów i bud połączonych organicznie z namiotami, przyczepami i zadaszeniami, w niebo leci dym, kilka tuzinów osób – matek z dziećmi, młodziaków, dorosłych chłopów, starzyków – siedzi, stoi, przechadza się, działa lub wypoczywa. Wiemy, że nas widzą, że widzieli już takich jak my, że wiedzą wszystko, czego my nie wiemy, więc zwalniamy i zastanawiamy się, czy jechać dalej. Drogą nadchodzi z lasu, stąpając swobodnie, wysoka szczupła czarnowłosa młoda Romka z plecakiem czy koszem – pewnikiem z jagód. Uśmiecha się do kogoś w obozie i nie patrzy na nas, ale kiedy pytamy gestem i volapükiem, czy można jechać dalej, jakby od niechcenia potwierdza. Czujemy się pokrzepieni na duchu, a wręcz zaczynamy się cieszyć, że być może droga prowadzi do samej bacówki i nie będziemy musieli drałować pod górę. Wciąż jeszcze nie wiemy, z czym się mierzymy. Ale już za chwilę tak. Obóz Romów jest jedną z bram do Jądra – za nim zaczyna się prawo naturalne w wydaniu ekstremalnym. Po kilku minutach droga niespodziewanie stromieje – i to srogo – ale to dopiero początek. Najpierw jednak nadchodzi pasterz z telefonem zatkniętym pod czapką i stadem owiec w obstawie psów. Schodzi ze stromego lesistego zbocza, przekracza strumień i staje przy aucie. – Można jechać dalej? – pytamy. – Da, da, gute sztrase – odpowiada. I oto zaczyna się owa „gute sztrase”: dwukilometrowy podjazd po głazach, dziurach i zakrętach, na pionowym nieledwie zboczu, wąską drożyną, i chociaż może nawet sensownie byłoby się zatrzymać, to nie ma gdzie, a my jesteśmy zbyt nakręceni, D. zachęca mnie, bym cisnął dalej, więc duszę pedał gazu – niejasno przypominając sobie moment, kiedy na autostradzie w Słowacji Forester nie chciał coś jechać pod górę, a pan mechanik wspominał coś, że zbliża się regulacja zaworów, i naprawiane niedawno cylinderki hamulcowe – niby spokojnie, ale jednak z narastającym napięciem omawiamy z D. kwestię tego, czy należy włączyć Power, czy Hold, zapominam oczywiście przerzucić się na jedynkę, pcha nas jakaś siła, kombiak, podskakując, trzęsąc się, chrobocząc i skrzypiąc, pokonuje kolejne kamienno-skalne progi i uskoki, ale jakby ociężale, nie wkręca się na obroty, więc w końcu – przed najostrzejszym i najstromszym dotąd kamienistym zakrętem – siada mi psycha i spocony jak mysz staję. Tutaj dopiero dociera do nas, co odwaliliśmy. Gaz, benzyna, adrenalina. Wjechaliśmy czymś w rodzaju wzmocnionej osobówki po 1000 kilometrach trasy prosto z asfaltowych szos łagodnie obłych Gór Izerskich na 1400 metrów n.p.m., w dzikie Karpaty, w pustkowie między skały, gdzie najbliższa pomoc drogowa jest kto wie gdzie, zasięg jest albo nie, gdzie nie ma jak się minąć, ani zawrócić, a do domu kawał drogi. Zadrżeliśmy. Gdyby w trakcie tego podjazdu nawalił choćby jeden z istotnych układów auta – zawieszenie, hamulce, skrzynia, silnik – a napięliśmy je z pewnością do granic możliwości – to bylibyśmy ugotowani. Zostałyby po nas kapelusze, a Subarak, rozebrany na części i złożony na dole, służyłby władcy obozowiska. Z tymi myślami, trzęsąc się jeszcze z nerwów i podniecenia, rozglądamy się wokoło i przyroda sprawia, że wraca nam animusz. Zaraz pod nami strumień utworzył niewielką kaskadę i zstępujemy do naturalnego jacuzzi, dokonując zaślubin z tutejszymi duchami wody.  Potem pakujemy się – na pół gwizdka, myśląc, że w każdej chwili będziemy mogli wrócić do auta – chwytamy laseczki, nakładamy kapelusze i drepczemy raźno pod górę.

         Po chwili wydarzają się dwie sceny, które w tych okolicznościach – na stromej drodze, w ciasnej dolinie między niemal pionowymi lesistymi zboczami, przy naszym oszołomieniu, z którego nie wydobędziemy się już do końca – zdają się tyleż urokliwie barwne, co symboliczne. Najpierw oto mijają nas chłop z krową i dziewczyna, pewnie jego córka. Schodzą z krową na dół, przyjaźnie pozdrawiają, a dziewczyna po angielsku (!) informuje nas, że do bacówki to właśnie tędy i jeszcze dwa kilometry. Zaraz potem, wciąż jeszcze na stromiźnie, mija nas prący pod górę srebrny Hilux, na tylnym zderzaku którego podróżuje roześmiana szczupła kobieta w krótkich spodenkach i górskich butach. Patrzymy jak urzeczeni. Coraz bardziej nam się tu podoba. Prawo naturalne, wolność, przestrzeń, swoboda, dziarski duch, otwartość. Nasza góralofilia jest świadoma i nieraz, wędrując po Izerach, rozprawiamy o góralskim etosie, o charakterze ukształtowanym przez żywioły, o życiu surowym, ale wesołym, i teraz nagle mamy przed oczami żywe tego przykłady. Mija może szesnaście plusków potoku i oto teren wypłaszcza się – i następuje pierwsze olśnienie. D. bywał w świecie, wszedł na Mont Blanc, trekował wzdłuż Annapurny (ma na palcu szczęśliwy pierścień, który dostał tam od napotkanego na szlaku świętego męża), ja znam tylko Tatry z dzieciństwa i przejechałem przez Karpaty tamtym zielonym busem, więc mnie pewnie szczęka opada niżej, ale obaj stoimy i nie wiemy, co powiedzieć, bo potęga sceny czopuje nam gardło. Stoimy u wylotu rozległej doliny, po lewej pnie się strome zbocze, w dole po prawej szumi strumień, a wszędzie wokoło wznoszą się na czterysta metrów porośnięte zielenią i usiane skałkami i piargami głęboko użlebione dwutysięczniki, z których wyrastają pomniejsze wzniesienia. Po prawej dwustrumetrowy obryw i wodospad, a nad nim zapewne wisząca dolina – ale tego jeszcze nie wiemy. Zewsząd spływają srebrnymi wstęgami strumienie, dźwięczą krowie dzwonki, niebo wydaje się jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle, nad głową przelatuje nam para kruków. Pośrodku tej dramatycznie scenerii stoi kilka niewielkich zabudowań, raczej szopek niż domków, a bliżej nas, nieco niżej, długa niska drewniana obora. Poza tym – jak okiem sięgnąć – ni śladu człeka. Przed nami wielka brama z trzech grubych bali. Przekraczamy ją i oto jesteśmy w Putredu.


 

 

 





7.

Tu wnet mamy wrażenie, że nie mogliśmy przybyć w lepszym momencie.  Na gumnie popasu, pomiędzy chatką, szopką i altaną, panuje wesoły rozgardiasz. Jest najważniejszy weekend lata, odbywa się tu coś w rodzaju rodzinnego zjazdu, a szczupła kobieta ze zderzaka okazuje się właścicielką. Wciąż jeszcze wydaje nam się, że jesteśmy w miejscu turystycznym, bo jest tu też czternaścioro Madziarów – trzy rodziny – z którymi będziemy współdzielić spalnię, ale kiedy Florica dodaje: - Jeżeli miejsca wystarczy, a jak nie to, będziecie spać z nami… to znaczy, nie z nami dosłownie… – i śmieje się, to powoli dociera do nas, że wcale niekoniecznie. Zrzucamy rzeczy na wolne łóżko w pokoiku na poddaszu wyniesionym na dwa metry w powietrze na kilkunastu słupach, bierzemy niezbędny szpej i po krótkim odpoczynku ruszamy w góry. Tniemy ostro stromym zboczem na grzbiecik, z którego podobno można wejść na górujący nad doliną szczyt – na starych mapach zaznaczony jako Putredul – by potem przejść kawałek grzbietem i zejść do doliny z drugiej strony, zatoczywszy szeroki łuk na wysokości jakichś 2000 metrów. Na razie wydaje nam się, że nie wiadomo, czy gdziekolwiek dojdziemy, bo jesteśmy wytrenowani, ale w skali izerskiej, a tu są, panie dzieju, Wewnętrzne Karpaty Wschodnie i Alpy Rodniańskie. Wejście na tę pierwszą – nieznaczną w porównaniu z otoczeniem – górkę (Bâtca Putredu 1643 m według mapy) zajmuje nam raptem pół godziny, ale zziajani jesteśmy jak mopsy. Grzbiecik przechodzi w grań, która ciągnie się aż po główny grzbiet – stanowiący zamknięcie doliny – a zboczem biegnie średnio stromym trawersem ścieżka. Widok stąd jest nie mniej wybitny niż z dołu, a przecież rozleglejszy: na północnym zachodzie pojawiają się Marmarosze, na wschodzie wyłania się siwy niczym Gandalf olbrzym Ineu, 2280 metrów, drugi najwyższy w Rodnejach. Bacówka w dole jest wielkości paznokcia kciuka, przestwór otwiera się nad nami szeroko, na jednym czy drugim zboczu w oddali widać stanę (chatkę, szałas), kilkadziesiąt metrów niżej lśni na grzbiecie jeziorko-bajorko. Są i kruki, suną ślizgiem na skos bez jednego poruszenia skrzydeł. Cisza – i bezkresna, zdałoby się, przestrzeń. A przy tym spełnienie marzeń wędrowca – krajobraz, o którym czytałem w dawnych relacjach podróżnych z gór śląskich: zielony, bezludny, dziki, dramatyczny, przepastny, porywający. Gdzieś w oddali dzwonią krowie dzwonki. Przemy po głazach i zboczem, a gdy wreszcie wychodzimy na grzbiet, poprzednie wrażenia potęgują się wykładniczo, jakbyśmy z dagerotypu przeszli na stereoskop, albo z kwasu na meskalinę. Tu już widać góry po horyzont we wszystkich kierunkach. Jesteśmy, zdaje się, w samym sercu Karpat. — Siedzimy długo, odpoczywając po dwugodzinnym podejściu, i spoglądamy na bezlik szczytów. Ku południu ciągną się na trzydzieści czy czterdzieści Rodnajczyki, na których północno-wschodnim skraju jesteśmy; na wschodzie, widoczny stąd jak na dłoni, ogromnieje Ineu, na lewo od niego kulminacja Tomnatecula 1967 m; na północy widać sąsiednie Karpaty Marmaroskie sięgające po Ukrainę (i dawną Polskę), a na zachodzie tną horyzont na pierwszym planie kolejne strzeliste szczyty grzbietu: Cisa 2039 m, Omului 2135 m i wyniosły Gargalau 2159 m. Wszystkie te nazwy poznajemy sporo później, bo jakkolwiek skrzętnie wydawało nam się, że się przygotowaliśmy, to jednak kluczowe rzeczy – jak mapy – zostawiliśmy w aucie. Przy tych stromiznach i odległościach nie będzie już – według naturalnego prawa inercji – sensu po nie schodzić, a jedyny zasięg w pobliżu jest ukraiński, po 36 zł za 1 MB, więc cała wyprawa odbędzie się na czuja, na oko, na nosa, w całkowitym – świadomym i radosnym – zaprzeczeniu turystycznych dekalogów. Teraz nie mamy też wody, ani prowiantu – ale mamy ciasteczka, a one są bardzo pożywne. — Grzbietem wiedzie jedyny szlak i tu po raz pierwszy od wyjścia widzimy człowieka; spotkamy jeszcze potem trzech młodych Polaków z plecakami i zobaczymy z oddali grupkę kilkuosobową – i to będzie wszystko. Wdrapujemy się na pobliską Cisę i schodzimy kawałek dalej grzbietem do ścieżki, która trawersując zygzakami obniża się urwistym zboczem w dolinę zawieszoną nad Putredu. I cóż to jest za miejsce! Jeszcze zanim tam dotrzemy, atmosfera gęstnieje całkiem dosłownie, bo nad głową krąży nam nagle nie pięć czy dziesięć, ale pięćdziesiąt kruków, co oczywiście odbieramy w kategoriach fenomenologiczno-ontologiczno-podniosło-magicznych. W połowie zbocza pijemy ze źródła wytryskującego – od razu w postaci raźnego strumienia – spod ogromnego nadwieszonego głazu, w niszy pod którym utworzył się jedyny zapewne w swoim rodzaju ekosystem. Pod sobą mamy rozległy trawiasto-skalisty płaskowyż z wijącym się strumieniem i przypomina mi się dolny Jagnięcy Potok. Tu jednak otaczają nas skaliste dwutysięczniki, a na środku plateau wznosi się spory pagór o kształcie kurhanu. Biją tu potężne energie. Schodzimy na dół i widzimy, gdzie się znaleźliśmy – w sercu serc, sanktuarium, najwewnętrzniejszej, nikomu nieznanej dolinie. Nikomu, to jest, poza krowami, bo ich zasuszone placki leżą wszędzie. Kiedy przy którymś z zakoli strumienia znajdujemy całą czaszkę z rogami, przeszywa nas metafizyczny dreszcz. Przykładam ją do twarzy, a D. robi mi zdjęcie. Kruki zniknęły, jest tylko ogłuszająca cisza, w której słychać każdy szmer, i pierwotna kotlina zamknięta z trzech stron skalnymi ścianami, a z czwartej otwierająca ku Putredu progiem, w którym huczy wodospad (nazywamy ją Ngorongoro na cześć tanzańskiej kaldery, o której D. – bywały również na Czarnym Lądzie – niedawno mi opowiadał). W poczuciu uniesienia i „totalnego” (jak ujmował to Naum Gabo) obcowania z naturą długo stoimy i rozglądamy się wokoło, próbując nieudolnie oddać słowami to, co nas otacza. Brzmi to jak opowiadanie ślepców o wyglądzie słonia, więc dajemy sobie spokój i tylko chłoniemy. Spod ziemi bije gigantyczna energia – ta sama który wyniosła wszystkie te szczyty – wraca zwielokrotniona oddechem nieba i przenika nas na wskroś, transformując nieodwracalnie. Po tym miejscu nic już nie będzie takie samo. Zostaliśmy wpuszczeni, dopuszczeni, przyjęci do tej archikatedry natury i wstrząsa nami poczucie uczestnictwa w świętej tajemnicy i duchowego zjednoczenia ze światem.

 

8.

Między skałami, spływącymi zewsząd potokami, pośród krowich placków, w cieniu dwutysięczników, wzdłuż głębokiego jaru, w którym huczy wodospad, schodzimy oszołomieni do Putredu. Zmierzcha już, mamy w nogach niemało stajań, mija siódma godzina wypadu. Przy samej farmie rozdzielamy się – D. rusza w prawo wzdłuż płotu, gdzie spotka wracających z hal pasterzy ze stadem krów, ja napieram przez pastwisko wprost do domku noclegowego. Gdy jestem już pod nim, zapadam się niemal po pół łydki w rozdeptaną przez bydło pierwotną materię – czarną, miękką jak budyń ziemię – i świta mi, że znajdujemy się nie tylko w samotnej bacowni, ale i w alchemicznej transformatorni. „Putredu” bierze się od „zgniły”, jak w angielskim putrid, więc jakby „Zgniłocha” (tę nazwę pamiętam z dziecięcych wakacji pod Purdą na Warmii) – i tu, osuwając się wbrew woli w materia prima, przeżywam moment nigredo, a może satori. Stara struktura pęka i po schodkach na górę wchodzę już inny. Dzwonią dzwonki, kilkadziesiąt krów w asyście kilku świń i kilkunastu psów oraz dwóch pasterzy maszeruje dostojnie do dojarni. Pasterze pogwizdują na nie i strzelają z bata (w pierwszej chwili myślimy, jak te miejskie przygłupy, że z kapiszonowca). Niebo czernieje, palą się gwiazdy, dzisiaj noc Perseidów. — W miejscu, gdzie złożyliśmy rzeczy, pochrapuje jakiś starszy jegomość o wyglądzie autochtona, cichaczem przenosimy się do głównej sypialni, którą współdzielimy z Węgrami. Wszelka myśl o polegiwaniu musi jednak zostać odłożona na później, bo zostajemy zaproszeni na kolację. W wiacie na skraju gumna, przy betonowym basenie z wodą tryskającą z plastikowej rury, otoczonym siatką tworzącą zagrodę dla pojedynczej, z jakiegoś powodu podgolonej od dołu owcy, siedzą Madziarzy. Kilka ledowych żarówek z trudem rozświetla mrok. Nie ma tu prądu z sieci, więc wieczorem i rano, kiedy przerobione z samochodowych silników generatory napędzają elektryczne dojarki, ładuje się akumulatory do ledów. W samej bacówce mają nawet – nie wiem jakim sposobem – 220 volt; dobiegają stamtąd rytmiczne dźwięki i wesołe melodie rumuńskiej muzyki ludowej. Musimy chyba być naładowani energią, bo błyskawicznie nawiązujemy kontakt z Floricą, jej mężem Wasylem, który to wszystko zbudował (wcielając w życie jej szalony pomysł), ich kuzynami: siostrzenicą Marią, rosłym Catalinem z żoną dentystką, wysokim siwym brodaczem, Węgrami i pracownikami stanicy. Poza tymi ostatnimi niemal wszyscy mówią lepiej lub gorzej po angielsku – to kolejna prawidłowość, którą zauważamy w tym kraju, a nazajutrz potwierdzi się w niezwykłych okolicznościach – i żywo, z wzajemnym zainteresowaniem i rosnącą sympatią, gawędzimy w najgorętszą noc lata, w wielkiej pustej dolinie 1500 metrów nad poziomem morza. Mam nieodparte poczucie, że nie jesteśmy tu przypadkowo – tu zwyczajnie nie da się dotrzeć przypadkowo – i że uczestniczymy w czymś większym, niż pozory mogłyby sugerować. Mówię to Florice i Wasylowi, a oni otwierają ramiona i ściskamy się serdecznie. Perseidy nie chcą spadać, ale za to na stół wjeżdżają wielkie drewniane okrągłe deski wypełnione jadłem: pokrojona bryndza i ser żółty (którym Florica wygrała swego czasu konkurs na produkt lokalny w polskim Koniakowie), słonina, plasterki wołowej kiełbasy („nie robimy, ale krowa złamała nogę” – prawo naturalne!), pieczone mięso, cebula, pomidory, papryka, biały chleb; do tego palinka (50 procent, jak się dowiadujemy) w plastikowej butelce po wodzie i micha zabielonej sytej zupy. Nic tu nie jest zbędne, nic sztucznie dodane („Może chcecie pieprz i sól? Ale i tak nie mam [śmiech]”), nic napuszone albo pod turystów – w istocie cieszymy się, że mamy co jeść, bo jesteśmy tu bez zapowiedzi, nikt nam niczego nie obiecywał, a innych możliwości, jak okiem sięgnąć, nie ma – a zarazem wszyscy mają serce na dłoni i okazują nam wielką uprzejmość i dobroć. Akcja, którą wykonaliśmy z D., to, że przyjechaliśmy właśnie tu, kompletnie w nieznane, ale świadomie i z determinacją, przez pół środkowej Europy, i entuzjazm, z jakim traktujemy wszystko wokoło, być może w jakimś stopniu się do tego przyczyniają. Kilka razy chwytam wpatrzone we mnie spojrzenia młodych Madziarów – kilkunastoletnich chłopaków, licealistów pewnie – i choć nie wiem, co przekazują – podziw? irytację? zazdrość? fascynację? – to widzę, że są intensywne. Panuje atmosfera schroniskowej radości i wielopoziomowej wspólnoty: środkowoeuropejskiej, wędrowniczo-góralskiej, wspólnoty ludzi dopuszczonych do sekretu Putredu, otwartych i ciekawych drugiego. Po uczcie długo jeszcze rozmawiamy, potem długo ściskamy sobie dłonie z gospodarzami i obejmujemy się na dobranoc, a we mnie rośnie poczucie, że coś znalazłem.

 

9.

Wspominam miejsca i domy, w których mieszkałem. Wszystkie zdaje się łączyć pewien wspólny mianownik: geograficzno-kulturowa liminalność i początkowo nieuświadamiana, a później poszukiwana swoboda. Blok na warszawskich Bielanach – wtedy jeszcze Żoliborzu – na granicy nowego miasta i resztek wsi, nad płynącą dzisiaj całkiem pod ziemią rzeczką Rudawką i na skraju bagnistego lasku Olszynka, gdzie łany słoneczników i chaszczy, ogniska i łowienie cierników na nitkę z dżdżownicą; osiedle, gdzie mieszkały wszystkie klasy społeczne i jeden z sąsiadów mógł być rolnikiem z Żukiem jabłek w skrzynkach, a drugi – akurat drzwi w drzwi – profesorem Feliksem Rączkowskim, słynnym organistą. Dom jednorodzinny na Oficerskim Żoliborzu, gdzie drobni mieszczanie wiodą żywot obok wybitnych artystów i innych ludzi sukcesu w willach przedwojennych generałów. Wiejska chałupa nad Bugiem, na dalekim końcu wsi, na polsko-białoruskim pograniczu, niedaleko Drohiczyna i Mielnika, przy starym trakcie z Krakowa do Wilna. Dom zbudowany na starym siedlisku na polsko-litewskiej granicy, we wsi zamieszkanej przez etnicznych Litwinów, nasze pole kończące się słupami granicznymi. I wreszcie kamienno-drewniano-ceglany dom-gigant w śląskich górach, blisko Czech i Niemiec, w którym mieszkam teraz. Dodaję – jako domowinę wyobrażoną – Michelsbaude, nieistniejącą chatę w Wysokim Grzbiecie Gór Izerskich (której ślady odkryłem w 2018 roku, co sprawiło, że nauczyłem się czytać po niemiecku i zacząłem tłumaczyć i wydawać dawne relacje podróżne z okolicy), i nieistniejący dom na Kobylej Łące, tam, gdzie Kobyła wpada do granicznej Izery, związany z historią tej pierwszej. Śledzę to wszystko w myślach, widzę rozwijającą się spiralę i uświadamiam sobie, że znalazłem miejsce – Miejsce – i dom – Dom – o jakich nawet nie marzyłem. A może marzyłem po cichu, nieodważnie. Widzę, że jestem w czymś w rodzaju Michelsbaude – jeżeli istnieje dzisiaj coś podobnego do niej, to Putredu jest właśnie tym: samotnym pojedynczym ludzkim siedliskiem wysoko w górach, gdzie prowadzi się gospodarkę mleczną. I tak jak tam mogą się tu spotkać ludzie z różnych zakątków kosmosu i pięter podwójnej helisy bytu, i tak jak tam obowiązuje tu prawo naturalne, czyli prawo zachowania energii i przetrwania, i tak jak tam znajdujemy się na pograniczu krain i etnosów:  schodzą się tu historyczne regiony Marmarosz, Bukowina i Siedmiogród, okręgi Maramuresz, Suczawa i Bistrița-Năsăud, Rumuni stykają z Madziarami, Hucułami i Mołdawianami, a Europa Środkowa ze Wschodnią i Południowo-Wschodnią, tak jak tam Ślązacy z Czechami i Północ z Południem. I tak jak tam panuje w tym miejscu niemal absolutna wolność i otacza je ogromna pusta przestrzeń. Co tu się wydarzyło? – pytam sam siebie i nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Wokół domku i pod nim poleguje kilkadziesiąt krów i brzęk ich dzwonków jest jak transowa kołysanka. Zasypiam pośród cicho pochrapujących Węgrów, czując głęboką wdzięczność do świata, jakbym był Odyseuszem, który wreszcie zawinął do rodzinnego portu.


 

 

 

 




 

 

 

 

 

10.

Na śniadanie – które spożywamy z gospodarzami i rodziną – jest to samo co na kolację. Wszyscy tryskają dobrym humorem, poziom endorfin mamy chyba rekordowy – słońce, niebo, góry, przestrzeń, zieleń, woda, zwierzęta – cóż więcej trzeba do szczęścia? Teraz wreszcie mamy okazję przyjrzeć się bliżej gospodarstwu – jego strukturze, funkcjonowaniu i załodze. Pracownicy to prawdziwi górale-zawodowcy, którzy nie patyczkują się w obertasie i doskonale wiedzą, co i kiedy jest do zrobienia. Tym, których imion nie znamy, nadajemy robocze pseudonimy. Jest więc Dziadek, najstarszy, niewysoki, krępy, z brzuszkiem, uśmiechnięty i otwarty (bez mrugnięcia okiem przyjmuje i chowa skręta, którego mu robię) – główny baca od sera. Jest Zielony Kapelusik, w naszym wieku, nieco jakby nieufny, a w każdym razie niewylewny, łypiący jakby z ukosa czarnymi oczami – główny baca od krów i dojenia. Jest Chudy, czyli Rado, po pięćdziesiątce, żylasty, który pasie krowy na halach. Jest jego syn, Andrej, dwudziestokilkuletni, który ma dłoń wielką jak bochen chleba, co z D. zaraz zauważamy i – jak to my – omawiamy. Jest córka Chudego i siostra Andreja, Ramona, najpewniej dowodząca odcinkiem wiktu i opierunku. I jest osiemnastoletni Kristi, duży i wesoły, z którym rozmawiamy na migi i volapükiem – żaden z członków załogi baudy nie mówi po angielsku – i który chyba najbardziej otwarcie się w nas wpatruje, śledząc niemal każdy nasz ruch. Wybałusza oczy, kiedy kręcę johna dla Dziadka, spogląda na moje zamszowe spodnie, wełniany kubrak i laseczkę, i dziwuje się, kiedy pytam, czy jest szansa na pośniadanną kawę. Wkrótce dostaję parujący garnek z litrem zalewajki i czuję się, jakby kelner we fraku podał mi małą czarną w weneckiej Caffè Florian. Sączę aromatyczny napar, pogryzam ostrą jak kieł niedźwiedzia zieloną papryczkę, której słój zostaje mi wręczony na zagrychę (Kristi i pozostali uważnie patrzą, a potem śmieją się, kiedy mnie zatyka i łzawię), i wodząc wzrokiem po terenie stanicy, rekonstruuję w myślach stan tutejszego pogłowia. Podstawą jest stado krów – jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt na miejscu oraz mniejsze grupki, które z jakiegoś powodu – „bo nie dają mleka”, jak się nam enigmatycznie wyjaśnia – łażą wolno po odległych halach i pionowych urwiskach, wysoko nad doliną. Główne stado dojone jest jeszcze przed świtem, a następnie wypędzane na pastwisko; wtedy też cichnie brzęk dzwonków. Wraca po południu na wieczorne dojenie, prowadzone przez Kapelusika, Chudego i Andreja. Towarzyszy mu sfora psów – będzie ich z dziesięć – mniejszych i większych, wielkich bukowińskich psów pasterskich i małych zajadłych kundelków, czarnych kosmatych diablików o olśniewająco białych ząbkach, oraz kilka świń z krótkimi ogonkami („nie, nie obcinane, taka rasa”). Te mają swój chlewik na tyłach drewutni, z której wybiega długi na trzydzieści metrów i sięgający do piersi wał porąbanych świerkowych polan. Dwie czy trzy świnie z jakiegoś powodu dopuszczone są do większej poufałości i one dostają rano zlewki mleczarskie – czyli zasadniczo serwatkę – w korycie wyciosanym w świerkowym pniu, tuż obok stołu, gdzie piję moją kawę po karpacku. Swoją drogą, jak słusznie zauważa D., tak grubego blatu stołu jeszcze nie widzieliśmy – ma z pół metra. W pewnej odległości od corralu pasą się dwa kasztanowate konie o smukłych pęcinach. W betonowym basenie przy wiacie roi się od pstrągów, a przy nim spoczywa lub przechadza się pojedyncza owca. — Zaglądam do dojarni, ale zdążam tylko rzucić okiem, nim wypłoszy mnie łypnięcie Kapelusika. To jego królestwo, akurat trwa dojenie i nie zamierzam ryzykować, że ktoś uzna, że z powodu mojego mal occhio nie udało się mleko i trzeba mnie potraktować po transylwańsku. Chwila trwa jednak dość długo, bym spostrzegł lśniące bańki, lśniące ssawki i lśniące deski podłogi, na której stoją w dwóch rzędach krasule. Głównym produktem farmy jest ser – biała bryndza i żółty z małymi dziurkami. W wielkim kotle doglądanym przez Dziadka warzy się na ogniu skrzep, u powały wiszą lniane woreczki z odciekającą masą. W sąsiednim pomieszczeniu na drewnianych półkach dojrzewają kwadratowo-okrągłe sztuki. Dowiadujemy się, że gospodarstwo działa od około połowy maja do końca września – przez resztę roku rządzi tu śnieg. W Karkonoszach nazywano to dwieście lat temu „baudą letnią”. Tymczasem świeci słońce, niebo się uśmiecha, góry górują, wzywa nas imperatyw drogi. Do plastikowej butli po wodzie fasujemy maślankę – gęstą od kawałków masła, kwaskowatą i orzeźwiającą – po czym obserwowani spod oka przez Kapelusika przybijamy piątki z młodzieżą i ruszamy w góry.


 

 

 

 

 

 





11.

Wspinamy się na to samo strome zbocze co poprzedniego dnia, ale już mądrzej – nie pionowo przez poziomice, ale trawersami, ścieżkami wydeptanymi przez krowy. Wkrótce orientujemy się, że na tym odludziu to one stanowią najpewniejsze szlaki – skoro krowina się przecisnęła, to i człek przejdzie. Widoki są rozległe i właściwie na oko można zaplanować trasę. Nasza wiedzie krowimi ścieżkami do sąsiedniej doliny, rozciągniętej wzdłuż zasilanego licznymi dopływami strumienia i flankowanej z jednej strony porośniętym lasem upłazem, a z drugiej ogromną stromą ścianą głównego grzbietu; jak spostrzegliśmy wczoraj, w dolinie przycupnęły dwie chatki. Jedna ma należeć do niejakiego Dimitru, przyjaciela naszych gospodarzy, druga wyglądała z góry na pustą – i już nam się roi, żeby ją zająć, przejąć, wydzierżawić, wynająć, kupić, wyremontować i co tam jeszcze w drobnomieszczańskich łepetynach odbija się echem. W pyszałkowatym nadęciu zdążyliśmy już ochrzcić ją „cabaną polonesą”. Teraz patrzymy na obie z grzbietu, przez który musimy się przedostać. Na nas patrzą beznamiętnie biało-rude krowy, od niechcenia przeżuwając. Stoimy na siodle między dwiema ogromnymi dolinami, nad nami wznosi się usiana skałkami, porośnięta kępami karłowatego jałowca pionowa fasada szczytu Coasta Neteda 2060 m, ku zachodowi i południu ciągną się w siną dal górskie pasma, na północnym wschodzie z długiego rudotrawiastego grzbietu wyrasta dumną piramidą Tomnatecul, a od południowego wschodu perspektywę zamyka Ineu, materializacja jednego z najstarszych tutejszych bytów chtonicznych, sądząc po siwiźnie, wysokości i krótkości imienia. W odróżnieniu od większości pobliskich szczytów ma wygląd alpejsko-tatrzański – nagie skalne ściany strzelają stromo na kilkaset metrów ku chmurom. Trawersem, przez sięgające piersi czepliwe jafyry i przez zagony czerwoniutkich borówek, schodzimy do strumienia. To, co z góry zdawało się srebrną niteczką, jest istną rzeką, spadającą z hukiem po nagiej skale. Jak to mamy w zwyczaju, pijemy z niej, a potem wskakujemy do chłodnej wody – karpackie strumienie są stworzone do praktykowania misogi.

         Po poziomicy, lekko kosząc do góry, wiedzie droga, na której pewnie poradziłby sobie traktor. Po kwadransie zaprowadza nas do chatki. Wokół pustkowie. Stare drzwi z ładną starą klamką i szyldem, otwarte; szerokie legowisko z grubych bali, stół, ławka, miejsce po piecu-kozie; z okna widok na skalisty grzbiet z wyniosłościami Gargalau, Omului i Putredula. Coś jakby sceneria westernu, gdyby nie oznaczało to porównywania rzeczy istnej z fantazmatem. Ciasność perspektywy, ogrom piętrzącego się po drugiej stronie doliny górotworu, ma jednak w sobie coś dusznego i wychodzimy z chatki na zewnątrz. Od południa i południowego wschodu skradają się grube chmury, niebo przeszywa  pojedyncza błyskawica i rozlega się odległy grzmot, ale jeszcze nie myślimy o tym, co się święci. Maszerujemy z powrotem w dół ku drugiej chatce, myśląc, że zastaniemy tam Dimitru. W połowie drogi zauważam, że nie mam laseczki, więc wracam po nią spory kawał nad strumyk, gdzie piliśmy, ale jej tam nie ma, więc wracam kolejny kawał aż do samej chatki, jeszcze raz zaglądam do środka, teraz już mi trochę jakby nieswojo, laseczki nie ma, napieram tedy nazad i znajduję ją trzydzieści kroków przed miejscem, gdzie się rozstaliśmy, tam, gdzie badaliśmy odchody jakiegoś zwierzęcia, wietrząc w nim kto wie czy nie niedźwiedzia. Wracając, widzę, że D. w międzyczasie spotkał się na drodze z pasterzem prowadzącym wielkie stado owiec. Kroczę śmiało w ich stronę, ale nagle spostrzegam, że ze sześć zwalistych owczarków podnosi się i idzie mi naprzeciw, powoli okrążając. Skupiam się na centrum, oddycham, wiem, że dla zwierza, co pracuje, zaatakowanie człowieka jest największą transgresją, ale też nie czytałem jeszcze o rumuńskich psach pasterskich. Pasterz ma refleks, podnosi wielką lagę, pokrzykuje, biegnie w moją stronę – i psy stają. Podajemy sobie ręce i odtąd jestem bezpieczny, choć przecież względnie, bo bestie leżą dwa metry dalej, wprost na drodze, między nami i stadem, tworząc żywy ostrokół. Wystarczy, że zrobimy krok w nieodpowiednią stronę, by podniosły łby, więc potem już się pilnujemy, a one tylko nieruchomo warują. Pasterz, który przedstawia się jako Mihai, zdumiewa mnie swoją znajomością angielskiego. Mieszka w mieście, pracuje w sektorze budowlanym, a tu przyjechał tylko na dwa dni, by pomóc Dimitru przy wypasie. Dowiadujemy się, że psy nie służą zaganianiu stada – do tego służą inne, mniejsze – a obronie przed wilkami i niedźwiedziami. - Głównym samcem jest Vlku, najszybszy, ale nie widzę go tu i nie wiem, gdzie dokładnie jest – mówi Mihai i wiedzie wzrokiem dokoła. – Jego brat – wskazuje – ma za to najsilniejszą szczękę, jak gryzie, to od razu łamie kość. Powoli dociera do mnie, z czym się przed chwilą konfrontowałem. Mihai niedźwiedzia nie widział, ale wilki rok temu tak. Teraz zmierza ze stadem do chaty Dimitru, gdzie spodziewa się dotrzeć za pięć godzin. Pytam o jego lagę – długą na półtora metra, nieco rozszerzającą się i zakończoną kulką wielkości kurzego jaja – i dowiaduję się, że zrobiona jest z drewna kasztanowca, twardego i sprężystego. Potem zobaczę taką samą na fotografii polskich legionistów walczących zimą 1915 roku pod pobliską Karlibabą. Pytamy o chatkę i słyszymy, że jest zawsze otwarta, tak jak wszystkie inne, i że zawsze można się w niej zatrzymać. Te proste słowa rąbią nas jak cepem, rozłupują niczym koan upupiającą nadbudowę wyssanego z pierwszymi coca-colami przeświadczenia, że wszystko trzeba kupować, sprzedawać, posiadać, eksploatować, zabezpieczać i obracać w zysk – a przez powstałą szczelinę wlewa się światło.

Mihai rozgląda się nagle i jakby zauważył coś, co każe mu ruszać w drogę, żegna się z nami. Nie wiemy, czy chodzi o nadciągającą burzę, czy to raczej baran-przewodnik wyznaczy tu rytmy. Odziany w blue dżinsy, gumiaki i błękitny obcisły sweterek, smagły, czarnowłosy, wysoki i szczupły, Mihai odchodzi na tle ogromnej doliny, przestworu nieba z kłębiastymi białymi chmurami, postępując za dobrą setką owiec i gromadą kóz. W pierwszej chwili chcemy iść za nim, już wietrząc perspektywę dalszej przygody, już ciesząc się, że poznamy Dimitru, który ponoć mówi po polsku, bo pracował z naszymi rodakami w Niemczech – i gdy tak witamy się prawie z gąską, i może już prawie udajemy się w ślad za pastorem, rejestrujemy z pewnym jeszcze niedowierzaniem, że psy na drodze ani drgnęły. Warują z wywieszonymi jęzorami. Dwa łaciate, ułożone symetrycznie, blokują ukośnie lewy skraj drogi, trzeci rozwalił się centralnie na trakcie, jakby dla wyraźnego zasygnalizowania, że przejścia nie ma. Przestępujemy z nogę, spoglądamy na oddalającego się coraz bardziej Mihaia, jego postać maleje i ginie nam wreszcie z oczu – a psy dalej leżą. Porzucamy wstępny plan i zastanawiamy się, czy może pójść górą – grzbietem albo zboczem – ale odstrasza nas fakt, że oznacza to godzinę podejścia, żeby w ogóle zacząć, i muszą dopiero minąć ze dwa strzały (z bata) znikąd, by dotarło do nas, co mogłyby zrobić psy, gdybyśmy zaczęli je oskrzydlać od strony lasu. Lekko już spoceni, czując właściwie ulgę, że nie zostaliśmy pożarci, podajemy tyły i szerokim łukiem schodzimy do strumienia. Na niebie zbierają się czarne chmury, słychać coraz bliższe grzmoty, pachnie deszczem. Do chatki wracać nie ma sensu, bo robi się późnawo, a nie wiadomo, jak długo mielibyśmy w niej siedzieć, nie wiemy, gdzie właściwie mieszka Dimitru, a przy tym chcemy jeszcze spotkać się z naszymi gospodarzami, którzy wieczorem wyjeżdżają. Postanawiamy wracać tak, jak przyszliśmy, przez grzbiet Bâtcy Putredu. Nie robimy sobie wielkich nadziei, że burza nas ominie. I w istocie już po kwadransie maszerujemy pod górę w siekących strugach deszczu, pośród nieodległych grzmotów; wiatr wieje taki, że wolę nie odwracać się, by spojrzeć, czy D. idzie za mną, zamiast tego ustawiam się idealnie na zawietrzną i cisnę w moich zamszowych porciętach przez metrowe jagodziny. Od całkowitego przemoknięcia ratuje mnie wełniana kamizelka, bo oprócz tego nie wziąłem nic – tak jak jesteśmy (lub roimy sobie, że jesteśmy) doświadczonymi górołazami, tak też mamy siwe bródki i lubimy ciasteczka, więc stale czegoś zapominamy – i śmiejemy się z tego. Teraz, akceptując sytuację, chłonę całym sobą fale wichru i deszczu i przenika mnie dreszcz rozkoszy intymnego obcowania z naturą.

 

12.

Wieczorem Florica i Wasyl długo i serdecznie żegnają się z pracownikami farmy – obejmują, ściskają i całują. Stanowią jedną wielką rodzinę, a my czujemy się zaszczyceni, że możemy chwilowo współdzielić ich wspólnotę. Vasile, wysoki jegomość z siwą brodą, o szlachetnej twarzy i mądrych oczach, rozochocony palinką i miodem, który przywieźliśmy, opowiada gestami, że był kiedyś w Polsce, wstaje, chwyta się za serce i rzewnie huczy: - Reszow! – Ławki się przewracają, psy czujnie wyglądają skrawków ze stołu, dyskretnie przemykają wieprzki, brzęczą krowie dzwonki, niebo wiruje, magia Putredu działa w najlepsze. Po ciemku już zjeżdżamy z gospodarzami ich Hiluxem do naszego auta – Florica tradycyjnie na zderzaku („miałam operację więzadeł krzyżowych, ale robię dwudziestogodzinne trasy na nartach po 300 kilometrów” – informuje nas ze śmiechem główna tutejsza czarodziejka) – w niepewnym blasku czołówek wymieniamy się kontaktami i długo ściskamy na pożegnanie. Moglibyśmy im z D. długo opowiadać, co tu przeżyliśmy i jakie uniesiemy odczuwamy, ale wiemy, że nie ma potrzeby. Stworzyli to miejsce i doskonale zdają sobie sprawę z jego mocy. Nie mogę się jednak powstrzymać, by nie powiedzieć Wasylowi, że to najlepsze miejsce na świecie, jakkolwiek bufonowato może to zabrzmieć. – Number one! – uśmiecha się i unosi kciuk w górę. Wiemy, że to nie koniec, ale początek naszej historii. Za kierownicą młoda Maria włącza reduktor („wujek mnie uczy”) i wielka Toyota toczy się powolutku niemal pionowo w dół. Znikają czerwone światełka, mrok gęstnieje, Putreda huczy na głazach, nad głową wąski skrawek rozgwieżdżonego nieba, czakram serca promieniuje jak farelka w robotniczym hotelu, w głowie Hölderlin, peany, Tybet.


 

 

 

 

 

 

 

 

 





13.

Rano atmosfera jest już inna – wraz z wyjazdem gospodarzy zniknął też wszelki pozór turystyczności miejsca i jawi się nam ono w porannym słońcu w swej nagiej praktyczności. Krowy się doją, świnie, chrumkając, futrują w korycie ze zlewkami, Dziadek rąbie drewno. Najwyraźniej jednak polecono nas miłej opiece, bo oto Kapelusik bez słowa stawia przed nami michę mięsnej zupy, butlę maślanki, a potem jeszcze michę kluseczek z bryndzą i skwarkami. Do tego przynosi dwa kubeczki palinki, a kiedy my – obaj abstynenci od lat – odmawiamy, tężeje wyraźnie i musimy długo tłumaczyć na migi, ile lat i że zero zero. – Wina też nie? – upewnia się i wydaje się nieco udobruchany, a mi przychodzi na myśl, że możemy go niewąsko irytować. On tu jest samcem alfa, a my wkraczamy na jego teren jak to komando i kradniemy show. Cóż, wszystko jest jasne, dla niego i dla nas, ale przecież wyczuwamy pod milkliwą powierzchnią dobrą duszę – inaczej by go tu nie było. Mam już mapę i rozkładam ją na stole, a Ramona i Kristi przysiadają i z wyraźnym upodobaniem odczytują dźwięczne nazwy znanych im miejscowości: Băile Borșa, Beclean, Sângeorz-Băi, Dej, Năsăud. Identyfikujemy wspólnie otaczające nas szczyty i Kristi wyznaje, że był na Ineu. Patrzymy na niego z niekłamanym podziwem, on nie daje nic po sobie poznać, ale chyba jest trochę dumny, że zaimponował tym dwóm dziwnym Polakom; fakt, że jak my chodzi po górach, zadzierzga dodatkową nić sympatii. Tymczasem czeka nas ostatni dzień wyrypy. Plan na dzisiaj to zbadać trzecią z przylegających do Putredu wielkich dolin, biorącą swą aztecką nazwę od potoku Zanoaga, nad którym, wysoko na stoku, u podnóża giganta Gargalau, stoi samotna chatka. Na niebie lampa, ale nauczony wczorajszym doświadczeniem wkładam jednak do plecaka wełniany kubraczek. Jeszcze kawa, fajeczka, ostra papryczka, jeszcze kubek ciepłego mleka od Kapelusika – jakżeby odmówić? – swoją drogą tutejsza dieta to niezła terapia, jeśli wiecie, o czym mówię – jeszcze chowamy w juki suchy prowiant i mokre picie, i oto oddajemy się pod opiekę bogom wędrówki i karpackiej przygody. Maszerujemy najpierw w dół główną drogą, forsujemy Putredu, po czym wspinamy się mozolnie kamienistą drogą wzdłuż Zanoagi. Widoki, przestrzeń i powietrze są takie, że kręci nam się w głowie, więc uznajemy to za dobry moment na zjedzenie po ciasteczku. Zbliżam się pierwszy do chatki, śmiało otwieram furtkę na ganek, odsuwam pniak blokujący wąskie dwuskrzydłowe drzwi, wchodzę do sieni i dębieję, bo na jej drugim końcu ktoś stoi. Obaj jesteśmy równie zaskoczeni i obaj chyba nie wiemy, czy patrzymy na człowieka czy na zjawę. – Bună! – wołam, a gdy on odpowiada jakby niemrawo, dodaję: - Pardon! – i obaj wycofujemy się z niejaką ulgą. Przed oczami przebiegają mi sceny z tych cholernych westernów, ale napominam sam siebie, że jestem w Wewnętrznych Karpatach Wschodnich, a nie w Górach Skalistych. Obchodzę chałupę dookoła i teraz już widzę, że tajemnicza postać to po prostu Chudy, który wraz z Andrejem pilnuje tu stada. Obaj śmiejemy się z naszej przygody, po czym ruszamy z D. dalej, bo nie będziemy chłopom przeszkadzać w robocie. Z pewnością cenią sobie samotność i swobodę równie drogo jak my. Tu następuje interesujący moment, bo D. chce iść w prawo, na Gargalau i główny grzbiet, a ja – onieśmielony skalą podejścia i nastawiony na wariant łagodny spacerku raczej niż ostry – proponuję wspięcie się na zwieńczone skałkami strome zbocze po lewej, które też do grzbietu przylega. Jak przystało na chirurga od lat praktykującego zen, D. przecina ten gordyjski węzeł niezdecydowania ostrą jak skalpel propozycją, by w takim razie iść osobno, a ja nie mam innego (honorowego) wyjścia niż się zgodzić. Tak też robimy. Ja schodzę do potoku, forsuję go i zaczynam wspinać się krowimi ścieżkami, trawersując strome, porośnięte jagodzinami zbocze. Po przeciwległej stronie doliny widzę malejącą postać D., który mozolnie, ale konsekwentnie prze po gigantycznym trawiastym stoku ku grani. Wkrótce chatka w dole jest tylko szarą plamką, figurki pasterzy nikną, wypływam na suchego przestwór oceanu, nogi nurzają się w zieloność i jak łódka brodzę śród fali jagodzin szumiących, śród borówek powodzi, omijając koralowe ostrowy jałowca burzanu. Kilometr ode mnie po poziomej, na przeciwległej flance doliny Zanoagi, kapelusik D. odcina się wyraźnie na tle nieba. Wychodzę na skały wieńczące bezimienny szczyt i miałbym go tylko dla siebie, gdyby nie kruk, który tu pewnie panuje. Spogląda na mnie, kracze raz jeden i powoli nabiera wysokości. Czuję się powitany, a na dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza ma to smak szczególny. Goszczę tu długo, na usianym skałami wypłaszczeniu z jednej strony opadającym łagodnie ku płaskowyżowi Ngorongoro, z drugiej ostrym urwiskiem spadającym ku Zanoadze, obserwując, jak D. – widoczny w postaci przesuwającej się w ledwie dostrzegalnym tempie czarnej kropeczki – kończy podejście granią i zbliża się do pierwszych skałek na głównym grzbiecie. Pod nogami jaszczurki śliską piersią dotykają się zioła, motyl kołysa się na trawie, podlatuje rudzik, białe chmury ciągną po niebie niczym stado tłustych owiec, wysoko kołuje samotny kruk. Myślę o wolności i przypominam sobie słowa O-Senseia Morihei Ueshiby: „Raz na jakiś czas należy udać się samotnie pomiędzy wysokie góry i ukryte w lasach doliny, by odbudować łączność ze źródłem życia. Zrób wdech i pozwól sobie poszybować ku krańcom wszechświata; zrób wydech i sprowadź kosmos z powrotem do wewnątrz. Następnie wciągnij z oddechem całą płodność i żywiołowość ziemi. Wreszcie połącz oddech Nieba i oddech Ziemi z twoim własnym, stając się oddechem samego Życia”.

         Czując, jak przenikają mnie energie chtoniczne, teluryczne i uraniczne, wędruję pośród skał i rumoszu, lekko kosząc do góry, na grzbiet. Tu spoczywam na skałce – kawałek dalej przysiadł samotny wędrowiec w typie flanelowym (chyba ma nawet plecak z aluminiowym stelażem) – pozdrawiamy się krótkim skinieniem, żaden z nas nie ma ochoty ani potrzeby wdawać się w dyskurs. Jestem jakieś 2050 metrów n.p.m. i mam widok na wszystkie osiem stron świata. D. jest gdzieś między Gargalau i La Cepi, w drodze do Omului 2135 m, który piętrzy się wprost przede mną kolosalną piramidą. Popędzane przez jedynego pasterza, z samego prawie wierzchołka schodzi stado owiec – rozległa biała plama jakby mrowiących się niemrawo czerwi – potęgując efekt odrealnienia, a może właśnie go kasując. Patrzę na stromość zbocza, którym najwyraźniej zamierzają procedować i oczom nie wierzę – spada pod kątem dobrych 50 stopni niemożliwie długo, aż muszę spojrzeć pod nogi, żeby zobaczyć ciemne dno leśnej doliny, w której znika; ależ mają zdrowie tutejsi górale, myślę, i wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym miał codziennie chodzić do roboty z tysiąca pięciuset na dwa tysiące i z powrotem. Hej, czerwony pas, za pasem broń i topór, co błyszczy z dala… Niedaleki jest szum Prutu i Czeremoszu, i wesoła kołomyjka nieraz musi tu przygrywać – rozważam w myślach, wspominając wytarty czerwony przedwojenny śpiewniczek harcerski u Dziadków na Nowowiejskiej, czekający tam na mnie w biblioteczce obok taternickich książek Witolda Paryskiego, starych wydań „Trylogii” Sienkiewicza oraz opasłych Dumasów, by wymienić tylko te kilka wczesnych inspiracji, które pobudzały wyobraźnię. Tu Skrzetuski, tam hrabia de Monte Christo, tu Klimko Bachleda na północnej ścianie Zamarłej Turni. I wuj A., który nie wrócił żywy z Tiricz Miru w 1978, kiedy miałem dziesięć lat. Plączą mi się teraz w głowie te i inne wątki, dla górala nie ma życia jak na połoninie, stwierdzam z radością, wiodę wzrokiem po niezliczonych falach ciemnych grzbietów, myślę o Thoreau w Walden, o Witkiewiczach, Chałubińskim i Szczuce w Tatrach, o Hauptmannach w Schreiberhau, o Henryku Wańku i Tomku Sikorskim na Wieczornym Zamku, o wszystkich tych niespokojnych duchach, które „udawały się samotnie pomiędzy wysokie góry i ukryte w lasach doliny”, by znajdować przestrzeń twórczej wolności. Z tych śnień wybudza mnie widok granatowiejącego na wschodzie nieba. Czas się zbierać.


 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

14.

Krótkim skinieniem żegnam plecakowca w poczuciu wzajemnie rozpoznawanej, choć niewerbalizowanej wspólnoty i ruszam w dół szerokim trawiastym żlebem. Idę prosto w burzę. Eol mgłami niebo kryje,

wichrów dżdżystych kłęby gna, to jak dziki wilk zawyje, to jak ptaszę małe łka, a ja widzę, że będzie wesoło, bo przede mną kawał zejścia, potem płaskowyż, potem próg, potem zejście z progu… Niewiele krowich placków później bóstwa karpackiej pogody traktują mnie spektaklem przesuwającej się z lewa w prawo potężnej ulewy, którą obserwuję na wysokości wzroku. Wkrótce spektakl staje się moim własnym udziałem – zaczyna mżyć, kropić, padać, a wreszcie lać, wiać i grzmieć. Jestem w siódmym niebie. Pełne doświadczenie żywiołów w naturalnym dramatycznym krajobrazie to dzisiaj doświadczenie cenniejsze od lotów w kosmos. Tym niemniej staram się wodzić okutym w metal końcem laseczki po gruncie i nie iść po ekspozycji, by nie kusić losu. Grunt błyskawicznie rozmaka, wszędzie ciurcze woda, skaczę z kępy trawy na kępę, a gdy na skraju płaskowyżu przystaję przy wyrastającej tam skale, wieje tak, że doceniam zalety wełnianego kubraczka. Co chwila przechylam rondo kapelusza, by wylała się woda, i w przyjemnym poczuciu, że znam drogę, maszeruję raźno przez młakę, półmetrowe jagodziny, rozpadliny i stromizny ku baudzie. Nade mną po prawej z progu wiszącej doliny spada ze wzmożonym przez ulewę łoskotem kilkudziesięciometrowa biała wstęga wodospadu; nad nią pnie się na czterysta metrów ku sinoszarogranatowemu niebu czarna sylweta Putredula. Deszcz powoli ustaje, w butach jakimś cudem mam wciąż sucho, kapelusz waży tyle co hełm strażacki, mokre zamszowe portki kleją się do ciała, a dobry humor mnie nie opuszcza. Instynktownie spoglądam w lewo i dostrzegam na równoległej grani, nieco wyżej, postać schodzącego D. Wołam do niego, a on podnosi laskę na znak, że mnie widzi. Jeszcze tylko jedna stroma łąka, jeszcze czyjś grobek z zatartym napisem na kamieniu i żelaznym krzyżem z odłamanymi (przez śnieg i wiatr, dumam) ramionami, ledwie rozpoznawalnym Zbawicielem i dwoma cherubinkami u podstawy, jeszcze jedna rypa i oto jestem na stożkowatym wzniesieniu nad bacówką, gdzie wzniesiono prosty krzyż z dwóch ociosanych bali. Zdejmuję kapelusz, by okazać szacunek dla miejsca, gdzie pewnie okresowo odbywają się msze – sceneria jest taka, że klękajcie kościoły – powtarzam w myślach mantrę, zadzieram głowę, by raz jeszcze spojrzeć z tej perspektywy na władcę doliny-Putredula i powolutku schodzę. Do farmy, cokolwiek już zdrożony po siedmiu godzinach włóczęgi po wertepach i niepomny opartego na prawie naturalnym savoir-vivre’u, zachodzę najkrótszą drogą, dosłownie od […] strony, bo od wychodka i chlewika, i już chcę przestępować przez grząskawy strumyk dzielący mnie od tej oazy, gdy zostaje mi przypomniane, że zapomniałem o psach. Strumyk stanowi nieoznaczoną granicę i na jego drugim brzegu w mgnieniu oka zjawiają się czworonożni jej strażnicy: największy, przywódca tutejszej sfory, ze dwa mniejsze kudłacze i – na wypadek gdyby trzeba było rozognić sytuację – jeden z kosmatych diablików. Ten ostatni, jako pozostający na samym końcu łańcucha pokarmowego farmy (krowy – ludzie – świnie – duże psy – małe psy – najmniejsze psy), musi pracować najpilniej, więc jazgocze zajadle, szczerząc śnieżnobiałe ząbki ostre jak piły z Teksańskiej masakry, co z kolei sprawia, że poddenerwowany duży zaczyna na mnie powarkiwać. Sytuacja jest patowa i tragikomiczna. Czuję się jak nieudana wersja Odyseusza, który źle knaguje wantę i nie dopływa jednak do wyspy gościnnych Feaków, albo Cezara, któremu nie wychodzi rzut kostką nad Rubikonem, choć przecież przybywam w pokoju. Najwyraźniej wyczuwa to młody – pocieszny może roczniak w typie retrievera, od początku mi przyjazny – który nadbiega, nieco spóźniony, bo to marzycielskie jeszcze szczenię, niby w trybie strzegącym, ale merda ogonem i kiedy wyciągam, przykucnięty, rękę, podchodzi i łasi się. Zdziwiony diablik milknie, duży szef przestaje powarkiwać, a ja przypominam sobie, że przecież mam w mantelzaku prowiant. Wyciągam woreczek z karpacką spyżą, którą zapakowaliśmy po śniadaniu – one już teraz lepiej wiedzą, co jest w środku, ile kawałków słoninki, ile sera, ile chleba, ile ciasta, mają węch dziesięć tysięcy razy czulszy od naszego – i zaczynam częstować, kierując się oczywiście najpierw ku dużemu. Ten początkowo odrzuca tak jawną próbę przekupstwa, ale kiedy młody, nie wykazując skrupułów, ochoczo pałaszuje kąsek, on też raczy się poczęstować. Napięcie opada, moje perspektywy różowieją – brakuje mi dziesięciu metrów na wprost do łóżka, stołu, ławki – skarmiam więc wszystko, co mam – nie zapominając, rozumie się, o kosmatym czarcie – wstaję ostrożnie z kucek, kłaniam się sforze, głaszczę młodego po łbie, jednocześnie dziękując mu za ratunek i wzmacniając jako wybrańca jego pozycję w stadzie, po czym wycofuję się rakiem i odszedłszy na bezpieczną odległość kilkudziesięciu kroków, forsuję strumyk i wchodzę na teren farmy tak, jak pewnie powinienem był to zrobić od razu, czyli od frontu, przez główną bramę. Teraz od razu wiadomo, że jestem dwunogiem legalnym, a nie na przykład Martinem M’rosem, urodzonym pod Brodnicą złodziejem bydła i rewolwerowcem, pod koniec XIX wieku zaplątanym na amerykańsko-meksykańskim pograniczu w tragiczny czworokąt z piękną kurtyzaną Beulah, adwokatem, rewolwerowcem, zabójcą i pokerzystą Johnem Wesleyem Hardinem i wymiarem sprawiedliwości; na jego  pogrzebie w 1895 w El Paso było tylko tamtych dwoje, ja na razie jakoś uniknąłem kostuchy, choć pod powiekami wciąż mam powidok obnażonych kiełków diablika. Witam się z młodym, tym razem w okolicznościach przyjaznych, i siadam na ławce, by odsapnąć po całodniowej peregrynacji. Jest wieczór, już po dojeniu, brzęczą krowie dzwonki, pochrumkują wieprzki, bacowie siedzą dostojnie na niskiej ławeczce w wąskim przesmyku między serowarnią, oborą i drewutnią, ćmią papierosy i gawędzą przy dźwiękach bukowińskiego folku z tranzystora, nic a nic nie przejmując się perypetiami, jakie przed chwilą przeżyłem, jeżeli w ogóle cokolwiek o nich wiedzą. Opieka nad bezpieczeństwem turystów należy do turystów, nie do baców. Prawo naturalne, głupcze!

         Za niedługo będzie nam o tym przypomniane, tymczasem wraca przemoknięty D. i szykujemy się na spoczynek, bo jutro rano wyruszamy w drogę powrotną do kraju i musimy się porządnie wyspać. Gdy D. już poleguje, a ja siedzę jeszcze na ławie przy korycie i chwytam ostatnie wieczorne widoki Putredu, popijając serwatkę, przez główną bramę wtacza się sterany Nissan L200 i wysypuje się z niego trzech jegomościów i kobieta, cała czwórka o wyglądzie jagodziarzy – gumiaki, dresy, cały bagażnik toreb. Wciąż jeszcze nie wiem, co się święci. Przybyli znają się ewidentnie z bacami, więc zostawiam ich samym sobie i kieruję się do sypialni w domku na palach nad krowim nigredo. Rozwieszam wilgotny przyodziewek, moszczę się wygodnie w śpiworze, gawędzimy jeszcze z D. przed snem, jest pięknie. Przysypiam już, gdy drzwi się otwierają i do środka wkraczają jagodziarze. Wyskakuję w pantalonach, by zabrać suszące się rzeczy, wymieniamy kilka słów – jeden, w średnim wieku, mówi po angielsku – wyjaśnia, że przyjechali zbierać dla przyjemności i rodziny, niekoniecznie na sprzedaż, i że pokręcą się kwadrans i idą spać. Tym uspokojony, kładę się, pozwalam opaść powiekom i słyszę i czuję, jak tamci zamykają szeroko otwarte okno, rozpalają w piecyku-kozie, odpalają cygarety i zaczynają rozprawiać. Spoglądamy po sobie ukradkiem z D., ale niewiele możemy zrobić. Trochę się śmiejemy, trochę przerażamy, jak na inteligencko wydelikaconych miłośników gór przystało. Postanowiwszy zrobić najlepszy możliwy użytek z sytuacji, zamykam oczy i zasypiam mimo gwaru, dymu i rosnącego gorąca. D. opowie mi rano, jak bohatersko zebrał się w pewnej chwili na odwagę i otworzył drzwi, żeby osiągnąć choć lekki przewiew; tamci odczekali uprzejmie dziesięć minut i zamknęli je z powrotem; więcej, jak łatwo się domyślić, nie próbował. Rozhowor trwał ponoć dobre półtorej godziny, ale mnie tulił w objęciach Putredul-opiekun i spałem dobrze.


 

 

 

 

 

 

 





15.

Wstaję rano i wyglądając przez okno, w myślach piszę te słowa na kamieniu przy szemrzącym ujęciu wodnym bacowni, całkiem jak pastor Schulze notujący wrażenia po noclegu w Michelsbaude w 1802. Jest po piątej, Chudy z Andrejem wypędzają stado, dogląda tego Kapelusik. Jagodziarze zniknęli, pewnikiem poszli w las. Siedzę na łóżku, przecierając oczy, gdy drzwi się otwierają, staje w nich Kapelusik i robi pojedynczy gest brodą w stronę gumna, wiaty, kuchni. Nie chcąc poddawać się bez walki, układam twarz w znak zapytania, a on robi gest jedzenia i wypowiada kilka słów po rumuńsku. Nie wiem, czy kiedyś odczuwałem podobną radość, że zaproszono mnie na posiłek. A więc troszczył się on nas, teraz – dwa dni po odjeździe gospodarzy – naprawdę mógł się już nami nie przejmować, przy tym nikt nie wspominał o żadnych pieniądzach, byliśmy już w tym momencie tylko zbędnym balastem, w najlepszym razie chwilową atrakcją, i to może niekoniecznie taką w jego guście – parą kuglarzy, powiedzmy, zamiast porządnej ekwilibrystki na trapezie – a jednak okazał nam tę troskę i uprzejmość, troskę iście ojcowską i uprzejmość niewymuszoną, bo mógł przecież wysłać któregoś z młodych. Czuję, że szanuję go jeszcze bardziej – jest osią, wokół której obraca się tutejszy mechanizm, ogarnia czujnym spojrzeniem całość zachodzących spraw, spozierając milcząco spod zielonego kapelusika i dyrygując codziennie odgrywaną tu symfonią z dyskrecją Georgego Enescu, słynnego rumuńskiego kompozytora urodzonego niedaleko stąd, w okręgu Botoszany.

         Gdy schodzę na dół, kawa już na mnie czeka, a Kristi śmieje się przez okno, gdy pantomimicznie wyrażam zdumienie. Śniadanie jest tak pożywne i uroczo proste, jak tylko może być: zupa, maślanka, mamałyga, papryczka. Zastanawiam się, czy cały globalny przemysł suplementów diety nie powinien zostać zredukowany do Putredu.

         Rozdajemy, co mamy – flaszka likieru karkonoskiego dla Kapelusika, tabaka dla Dziadka, mapa dla Kristiego – a Dziadek, całkiem nieoczekiwanie potwierdzając moje wcześniejsze rozważania teoretyczne, wyciąga ze stojącej na ziemi drewnianej skrzynki gołębia i pokazuje go nam z bliska. – Postal? – upewniam się, a on kiwa zadowolony głową. W Putredu zasięg telefonii jest – albo go nie ma – w jednym jedynym miejscu na mostku przy dojarni, telefonu drucianego oczywiście nie ma, najbliższym uzbrojonym miejscem jest przełęcz Prislop, oddalona o kilka godzin drogi. A że życie niesie różne niespodzianki, to – dedukowałem sobie – muszą tu mieć jakiś system niezależnej komunikacji. No i jest, oparty – jakżeby inaczej – na prawie naturalnym.

         Ujęty gestem Dziadka, robię sobie z nim pamiątkowe zdjęcie na tle masywu Putredula, stajemy w przejściu między bacownią i drewutnią, przytulam głowę do jego ramienia, a on obejmuje mnie mocniej i śmieje się. Potem żegnamy się serdecznie ze wszystkimi. Nie chce się wierzyć, ale gdzieś tam jest zewnętrzny świat, który nas wzywa. Czuję się jak pisklę, któremu rodzice oznajmiają któregoś ranka, że pora wyfrunąć z gniazda. Cóż, trzeba teraz zintegrować cały ten gigantyczny ładunek energii i miłości, który tu dostaliśmy, i nie zamienić go tylko w raz skonsumowany luksusowy smakołyk, nie przejść nad nim do porządku dziennego. Wzruszenie ściska nam gardło, gdy zamykamy za sobą bramę, odprowadzani spojrzeniami młodzieży. Machamy jeszcze na pożegnanie i ostatni raz obrzucamy wzrokiem miejsce, w którym spędziliśmy ostatnie trzy dni. Zdaje się bić od niego oślepiająca jasność i wszystko jawi się jak w micie, jakbyśmy byli w czasach herosów gdzieś w górach Peloponezu, albo jak na czarno-białej fotografii z karkonoskiej baudy w XIX wieku: nieruchomi górale-pasterze z batami niczym uosobienie Herkulesa z maczugą, zwierzęta jak z dwunastu prac, ogrom gór wokoło. Po raz kolejny nachodzi mnie refleksja, że szczęśliwszych istot nigdy dotąd nie spotkałem.

         Opuszczamy krainę wolności, gdzie żywot surowy i prosty, ale swobodny wiodą ludzie i czworonogi, połączeni w samowystarczalny organizm w otoczeniu dziewiczej, dzikiej przyrody. „Spotkałem szczęśliwych Rumunów” – mógłbym sparafrazować Ficowskiego, ale znowu tylko spłaszczałbym to, co wielowymiarowe.

         Wspominam słowa Josefa Karla Eduarda Hosera, który w 1841 roku tak opisywał Karkonosze: „Nadzwyczaj troskliwa opieka, jaką otacza się tutaj bydło, stanowi interesujący przedmiot obserwacji dla podrożującego ekonomisty. Jeżeli generalnie da się powiedzieć, że między ludźmi i zwierzętami panuje rodzaj przyjaźni, to w przypadku mieszkańcow Sudetow i ich bydła stosunek ten zachodzi w najwyższym stopniu, jak czasem widzi się to w Szwajcarii. (…) Pośrednio i bezpośrednio krowa zaspokaja najważniejsze potrzeby człowieka, a on poświęca jej więcej uwagi niż własnym dzieciom i niestrudzenie dba o jej dobrobyt. Na przemian opiekują się nią dorośli i rozpieszczają ją dzieci; jak powiada Bonstetten, o obowiązkach człowieczych uczy się pasterz od swego bydła. (…) Gdy wieczorem bydło wraca z pastwiska do obory, każda sztuka jest starannie myta (sama obora została ochędożona już rano), podłoga zmywana jest wodą i szorowana, a pomieszczenie wietrzone. Krowy znają swoje miejsca (…) i po kilku minutach panuje porządek. Nareszcie nadchodzi pora wieczornego karmienia i z dużych wiader leje się do koryt sparzona wodą (…) mieszanka pokrojonej rzepy, kartofli, liści i łodyg zielnych z dodatkiem otrąb lub mąki i soli (…). Podobna wieczorna pasza podawana jest kozom, a jałowki dostają serwatkę do picia. Przytłumiony dźwięk dużych dzwonkow krowich miesza się z dzwonieniem małych dzwoneczkow kozich, tworząc jedyną w swoim rodzaju muzykę, kołyszącą wędrowca, którego bauda przyjęła pod swoj dach, do słodkiego snu pełnego arkadyjskich marzeń”.

„Nigdzie człowiekowi nie jest tak dobrze i nigdzie myśl nie czuje się tak swobodnie jak w wysokich górach” – ujął rzecz zwięźle Adolph Traugott von Gersdorf w 1789.

         Myśląc o tym, co kto zachował i stracił, o tym, że archetyp jest wieczny, a zmieniają się tylko egregory, o tym, czym jest szczęście, dobre życie i rozwój, o butli maślanki w plecaku, o stadzie kruków nad płaskowyżem, o otwartości serc i gościnności, o tym, czy da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, o zimach spędzonych w Ropkach i Nowicy, o Karpatach jako świecie nieodczarowanym, o swojskości Europy Środkowej, o totalnym doświadczeniu natury i siebie, o tym wszystkim i z pewnością o wielu innych rzeczach – Putreda z łoskotem spada po głazach, w głowie kaskada obrazów i skojarzeń – pakuję się chcąc nie chcąc do auta, bo kiedyś wreszcie trzeba, a wiadomo – jak mus, to mus. Żeby w kosmosie była równowaga, w dół kieruje D.


 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

16.

Film zaczyna się cofać, bo wracamy tą samą drogą, ale teraz na wszystko patrzymy już inaczej. Wynurzamy się z jądra jasności, z głębin wodospadów, z wnętrza skał, z krowich kości leżących tu i ówdzie wysoko na stokach, z siwych turni i głazów, z połonin i grzbietów nieskończonych, z limfatycznego obiegu mleka i maślanki, z tęczowo mieniącego się oczka pocztowego gołębia w garści Dziadka, z uwalanego serwatką ryja czarnego wieprzka z krótkim ogonkiem, słowem, z rzeczywistości alchemicznej, na powrót w świat dolny, zewnętrzny, święty inaczej.

Jeszcze nie zaczął się niemal fizycznie bolesny proces zapominania, bezlitosne blaknięcie wspomnień, ale już wiem, że muszę intensywnie pamiętać, utrzymywać to w umyśle, wszystko po kolei od początku do końca, bo za chwilę tsunami bodźców zacznie zalewać tę garść źródlanej wody, którą zdołałem przyłożyć do ust.

Droga jest równie pionowa jak wtedy, ale już mniej przerażająca, a całe otoczenie jawi się w blasku poranka jakby swojsko, bo mamy już jaką taką orientację w przestrzeni, wiemy, że gdzieś po prawej musi być droga do domu Dimitru, a w lewo do Zanoagi II, że Putreda, przyjąwszy dopływy Putred, Toloaca, Zanoaga i Ursului („Niedźwiadnik” - !), wpadnie zaraz do Złotej Bystrzycy, że gdzieś po lewej piętrzy się Gargalau, po prawej Tomnatecul, a z tyłu odprowadza nas uważnym spojrzeniem majestatyczny Putredul. Stopniowo trakt się wypłaszcza, mijamy obozowisko Romów – teraz wiemy już, że sezonowe – i wzdłuż strumienia dojeżdżamy do głównej szosy. W prawo do Karlibaby, Suczawy i Mołdawii, w lewo na Prislup, do Borsy, Marmaroszu, Czech i domu.

W styczniu 1915 roku, przy mrozach sięgających 30 stopni, przez dwumetrowe zaspy, brnęli tędy walczący po stronie Austro-Węgier żołnierze wschodniej grupy Legionów Polskich: 90 oficerów, 1980 żołnierzy liniowych, 150 ułanów, przy nich cztery działa i trzy ciężkie karabiny maszynowe. Grupą, pozostającą pod komendą generała Karola Trzaski-Durskiego, dowodził faktycznie generał Zygmunt Zieliński, na szpicy szedł I batalion majora Mariana Józefa Żegoty-Januszaitisa. Naprzeciw nich, w Karlibabie, kilka kilometrów dalej, pod komendą generała Lucjana Żeligowskiego, ówcześnie pułkownika armii carskiej, zaległy siły Rosjan: dwa pułki piechoty,  dywizjon artylerii i dwie sotnie Kozaków, dysponujące 16 działami i 16 cekaemami. Nieprzyjacielskie zgrupowania, oba dowodzone przez Polaków, zetrą się 19 stycznia na tysiąctrzystumetrowym „wzgórzu” nr 1276, nad przysiółkiem Fluritica, w ekstremalnych warunkach, w bitwie o której pamięta dzisiaj niewielu. O tym wszystkim jednak będę myślał następnym razem, teraz skupiam się na oglądaniu wstecznego filmu: przełęcz Prislop, gdzie po raz drugi żegnamy się z gospodarzami przyjaznej cabany, Borşa, gdzie w czyściutkim wiejskim sklepiku kupujemy ze lśniącej lady miejscowe salami i paprykową kiełbasę, niegdyś, jak zobaczę później na mapie z 1910 roku, stanowiąca teren zwartego osadnictwa niemieckiego (między innymi drwali, szklarzy i górników, co brzmi jakby znajomo), Moisei, dawniej w przeważającej części żydowskie, kolejne wsie i miasteczka na trasie do Syhotu – jest niedziela i wszędzie widzimy tłumy kobiet w strojach ludowych zdążające na nabożeństwo – Syhot, gdzie na festynie sprawiam sobie wreszcie słomkowy kapelusz taki, jak chciałem, z podwiniętym po kowbojsku rondem, młyn, gdzie jadłem pierwszą w życiu karpacką mamałygę, Certeze z pałacem może romskiego króla (przypominam tu sobie nieistniejący przysiółek Czertyżne nad Ropkami), Negreşti, Livada, graniczne Satu Mare, polskie „do widzenia” od celniczki na pożegnanie – i oto kończy się kraj dumnych potomków Daków i zaczyna Hungaria.

Teren płaszczeje i stopniowo unijnieje, pojawiają się okrągłe baloty na polach, ten bękart Wspólnej Polityki Rolnej, na poboczach rolnicy nie sprzedają już warzyw, a tylko arbuzy („węgierskie”, jak dodają na tekturowych billboardach), podgórskie miasteczka ustępują niskim, biednie wyglądającym wsiom, a łacina przestaje pomagać. — Dzisiaj wydaje nam się naturalne, że Węgry nie mają gór, ale przecież nie zawsze tak było. Później poczytam o traktacie z Trianon z 1920 roku, w wyniku którego nowe Królestwo Węgier, spadkobierca tysiącletniego bytu państwowego, straciło dostęp do morza, dwie trzecie ludności i 70 procent terytorium, między innymi Siedmiogród oraz części Marmaroszu i innych krain na rzecz Rumunii, poczytam też internetowe komentarze, gdzie Węgrzy (lub węgropodobne boty) śmieją się z tego, że rumuński to język romański, a Rumuni przypominają im, że Węgrzy to Hunowie z Mongolii; miesza w tym gulaszu oczywiście wielki brat ze wschodu. Tymczasem jednak, zostawiając po prawej Góry Zemplińskie, czyli Tokajskie, tniemy na północ, na Koszyce, i wjeżdżamy do Słowacji, czyli na dawne Górne Węgry. Tu znowu mają gaz na stacjach, a nawet tytuń i bibułki z filtrami. W Preszowie odbijamy w lewo i na znanym nam odpoczywadle w Spiskim Podgrodziu – ze wspaniałym widokiem na historyczne miasto i Tatry w tle – robimy pierwszy postój. Na lewo od poszarpanego konturu tych ostatnich, większy od niego, wisi na ciemniejącym niebie złowieszczo czarny grzyb, rozświetlany od środka przez błyskawice. – Patrz – mówię do D. – tam właśnie jedziemy.

Wkrótce zaczyna padać, mijamy Levočę, Poprad, Liptowski Mikulasz, Tatry ledwie widoczne w gęstniejącym mroku – samotne światełko pod Małą Kopą 1637 m – deszcz przybiera na sile, wycieraczki pracują na trzecim biegu, z trudem zbierając z szyby strugi wody, a żeby było jeszcze weselej, to za Žiliną nawigacja biesi się (albo anieleje) i kieruje mnie w prawo, na północ, na Wołoskie Międzyrzecze, przez Javorniki – półtorej godziny podjazdu serpentynami we mgle i ulewie, przez Makov, Makovsky Przesmyk (800 m, po lewej mijamy wieś o wdzięcznej nazwie Dupačka), na granicę w Bumbalce, i stamtąd w dół przez puste, uśpione Czechy. Jest pewnie druga, kiedy D. przejmuje stery. Kładę się na legowisku na tyle auta i drzemię. W oknie kołysze się woreczek z serem i papryczką z Putredu. Jeszcze słyszę dźwięk krowich dzwonków i pamiętam smak mamałygi, ale już nad wszystkim zaczyna roztaczać się mgła zapomnienia. Budzę się w Gierczynie, zdziwiony, że to już. Szaro brzeszczy dzień, pada ten sam deszcz, przez który jechaliśmy. Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy nie wyjechali przed nim, i w co mógł tymczasem zamienić pionową „gute sztrase”. Wyobrażam sobie wysoką dolinę i farmę jako arkę Noego podczas wielkiego potopu – Dziadek jako Noe, przy nim pomocnicy i „wszelkie gatunki zwierząt, bydła, zwierzątek naziemnych i wszelkiego ptactwa skrzydlatego”, w dole odmęty, z których wystają szczyty gór. Dziadek wypuszcza w powietrze kruka, a potem gołębicę, która wraca z gałązką jagodziny, na niebie uczynia się tęcza i powstaje wieczne przymierze pomiędzy wszystkimi istotami.

Ucinam te rojenia, ściskamy się z D., pociągam z plastikowej butli łyk maślanki i grzeję przez Przecznicę, Proszową i Kwieciszowice do domu. Po tym, co przeżyliśmy, Izery wydają się małe i ciasne, budzi się dżdżysty poniedziałek, mijają mnie pierwsze busy z budowlańcami, mógłbym popaść w melancholię, ale biorę się w garść i przypominam sobie, że po nigredo i albedo musi przyjść czas na rubedo. No a jak mus – to mus.

 

Chromiec, sierpień 2024


Komentarze

Popularne posty z tego bloga